Z oczami w przeszłości

Alicja Wujków

Jest już późno, w tle oprócz piorącej ostatnie pranie pralki słyszę muzykę z ,,Manchester

by the sea” i powoli dźwięk po dźwięku, kadr po kadrze odtwarzam w pamięci kolejne obrazy z

tego małego, wielkiego filmu. Jak zawsze za późno zabieram się za pisanie. Siedzę i myślę, a

myśli za nic nie chcą przelać się na papier. Nie dlatego, że nie wiem co chcę napisać, bardzo

ciężko zmieścić wszystkie emocje, które przez dwie godziny seansu szalały w moim umyśle i

sercu w prostych słowach, a także nie zdradzić o czym tak naprawdę film jest.

Ale zacznijmy od początku. Chociaż swoją światową premierę miał już 23 stycznia ubiegłego roku, to do polskich kin trafił dopiero miesiąc temu (dzisiaj jest 22 stycznia). Jednakże słowo polskie kina jest w tym wypadku nazbyt ogólne. W pierwszych dniach od premiery był

wyświetlany w dziesięciu kinach w całym kraju (w Białymstoku, Katowicach, Krakowie,

Warszawie, Lublinie, Olsztynie i Wrocławiu). Teraz sprawa ma się dużo lepiej, mimo że w naszym województwie na dzień dzisiejszy nie jest dostępny w żadnym miejscu, to coraz więcej kin

decyduje się go wyświetlić, więc mam nadzieję, że jest to tylko kwestia tygodni i będzie można

zobaczyć go także w Bydgoszczy.

,,Manchester by the sea” mówiąc w wielkim skrócie opowiada o mężczyźnie, który po śmierci swojego brata musi zająć się opieką nad jego synem, a tym samym zmierzyć się z duchami

przeszłości. Historia na pierwszy rzut oka jest pozornie prosta i każdy po obejrzeniu zwiastuna ma

w głowie już pewne wyobrażenia – oparte prawdopodobnie na filmach utrzymanych w tej

konwencji, z którymi mieliśmy styczność do tej pory – na temat relacji między bohaterami,

problemu z przeszłości, przez który Lee od tylu lat starał się być daleko od rodzinnego

Manchesteru. Jednak Kenneth Lonergan – reżyser i scenarzysta – po kolei, teorię po teorii, obala

prowadząc narrację zupełnie innymi torami i nagle okazuje się, że autorzy wszystko co ważne

ukryli prze nami, dlatego właśnie tak ciężko jest mi mówić o tym filmie, ponieważ każdy tę głębie

musi odkryć sam – ja chciałabym jedynie Was do tego zachęcić.

Lonergan wykorzystuje tradycyjną formułę melodramatu, opowiadając pełną rozpaczy i bólu,

łzawą historię, ale idzie nie o jeden, ale co najmniej pięć kroków na przód i wybiega poza

gatunkowe schematy i tworzy film absolutnie wyjątkowy.

Główny bohater – Lee Chandler, w tej roli rewelacyjny Casey Affleck – to stroniący od ludzi,

zamknięty w sobie dozorca, mieszkający w ciasnym, zimnym pokoju, jednej z dzielnic Bostonu.

W dzień przepycha rury, naprawia instalacje, a w nocy rozładowuje agresje wszczynając

przypadkowe bójki. I tutaj zaczyna się historia właściwa. Lee dostaje telefon z informacją o złym

stanie zdrowia swojego brata. A po jego śmierci zostaje zmuszony do opieki nad synem Joe’go –

Patricka. Akcja tak naprawdę zamyka się w paru dniach od śmierci do pogrzebu, ale cały film jest

zbudowany na retrospekcjach, które brawurowo przeplatają się z rzeczywistością. Sceny, które na

początku nas cieszą, godzinę później okazują się bolesnym wspomnieniem, które jest kluczowe dla

historii. Lonergan lawiruje między przeszłością, a teraźniejszością z tak niesłychaną gracją,

odkrywając bardzo powoli przed nami kolejne karty układanki.

Reżyser w świetnym sposób szkicuje nam zarysy relacji łączących wszystkich bohaterów. Tak

naprawdę nie ma tam złego planu. Mimo, że zdecydowanie Affleck kradnie show, to zarówno

kreacja Lucasa Hedgesa, wcielającego się w bratanka Lee, Michelle Williams w roli Randi

Chandler, jak i wszystkie postacie drugo – i trzecioplanowe – brat, przyjaciel od łodzi, ale nawet

nauczyciele i kumple Patricka idealnie wprowadzają nas w historię.

Brakowało mi kina, które tak głęboko zarysuje psychologię bohaterów. Mimo, że na początku

Patrick momentami mnie denerwował, to kiedy spojrzałam na niego przez pryzmat trudnych

doświadczeń z matką i śmiercią ojca, zaczęłam go mentalnie wspierać i zachwyciłam się jak

obronną ręką aktor wyszedł ze scen napadów lęków i gniewu, w których łatwo można było

przesadzić, tutaj są one na tak naturalne i pełne, że ciężko jest odmówić mu wyróżnienia jaką jest

nominacja do jednej z ważniejszych nagród Akademii. Jednak nie uważam jej za wystarczająco

dobrą, aby rzeczywiście mogła powalczyć o zwycięstwo.

Musiałam zdecydowanie zastanowić się nad sposobem w jaki Lonergan przedstawił nam relację

między nim, a głównym bohaterem, ponieważ wydawała mi się niepełna. Miałam poczucie, że jest

w niej za mało miłości, ale kiedy po raz kolejny spojrzałam na nią z pewnego dystansu już po

seansie, dopiero wtedy zobaczyłąm, że reżyser przefiltrował ją przez przeszłość, która

ukształtowała ich takimi jakich możemy zobaczyć na ekranie. Miłość w rodzinie Chandlerów

zdaje się być gorzka, można wyobrazić ją sobie jak promienie słońca z trudem przebijające się

przez gęsty las. Niezwykle delikatnie jesteśmy wprowadzani w życie głównego bohatera i nagle

zaczynamy rozumieć dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej, zauważamy jak bardzo się zmienił

i przede wszystkim co go zmieniło. Affleck postawił bardzo wysoko poprzeczkę, tam nie ma ani

odrobiny sztuczności. To co przeżywa jego bohater ma wypisane nie tylko na twarzy, ale w

każdym ruchu, geście, sposobie mówienia, a najmocniej emocje uwidaczniają się w jego

spojrzeniu. Postać, w którą się wciela prawie nigdy nie patrzy nikomu w oczy, jego wzrok jest

ciągle nieobecny. Jest jednocześnie pusty, ale i przepełniony bólem – są to oczy wciąż utkwione w

wydarzeniach z przeszłości. Nie jest ważne to, co się stanie, ale to co się stało. Tylko naprawdę

dobry aktor jest w stanie tak subtelnie, ale sugestywnie oddać stan człowieka, którego spotkało

wszystko, co najgorsze.

I doskonale widzimy to w scenie na komisariacie, nie chcę za wiele zdradzać, ale moim zdaniem

jest to jedna z najlepszych i najtrudniejszych scen w całym filmie.

Trochę byłam zaskoczona jak mało mamy na ekranie Michelle Williams, ponieważ po obejrzeniu

zwiastuna spodziewałam się czegoś na zasadzie aktorskiego duetu. Jej bohaterkę widzimy może z

pięć razy, ale za każdym razem są to sceny bardzo mocne i kluczowe dla fabuły, ale nie jestem

przekonana czy jest to aż oscarowa rola.

Autorzy nie trzymają się tylko jednej ciężkiej linii tematycznej. Wplatają w opowieść także

delikatne, humorystyczne wstawki, które z czasem robią się coraz bardziej gorzkie i szorstkie. I tak

sceny, mające w sobie cień czarnego humoru, stają się niezwykle dramatyczne w kontekście

emocji i zdarzeń z jakimi się wiążą.

Podoba mi się także wprowadzenie czwartego (oprócz motywu śmierci, przeszłości i tego co dalej

będzie z rodziną) toru, czwartego wątku – morza i rodzinnej łodzi, który z jednej strony jawi się

jako chwila oddechu, a jednocześnie przywodzi na myśl zwyczajne sprawy, którymi trzeba zająć

się po śmierci bliskiej osoby.

Chciałabym wspomnieć także o niezwykle umiejętnym dobraniu muzyki. Tylko ona przepełniona

jest patosem i wskazuje na ciężar ukazanej historii, ale dla mnie najistotniejsze było to, że reżyser

wiedział kiedy ją wyciszyć. Tak, dawno nie widziałam w filmie tyle ciszy.

I właśnie to wszechobecne milczenie zostało ze mną na długo po obejrzeniu ,,Manchester by the

sea”. Mimo kotłujących się emocji czułam tak wielkie pragnienie zamknięcia się z moimi

przemyśleniami, że ta cisza momentami zaczęła stawać się nieznośna. To był stan, który pozwolił

mi po raz drugi, ale tym razem z całą świadomością przeżyć cały film. Jak Lee chciałam

wyładować całą burzę, wykrzyczeć, ale cisza przeszywała mnie tak mocno, że nie byłam w stanie

wypowiedzieć żadnej z myśli.

Film naprawdę nie jest nadzwyczajny, jest na wskroś szczery i to chyba właśnie to działa

na jego korzyść i sprawia, że ten mały, film urósł do rangi fenomenu.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, producenci zmieścili się w 8 mln budżecie (oczywiście 8 mln$).

Nie został nałożony żaden szczególny filtr, ale kolorystyka idealnie współgra zarówno z tematyką

jak i z nadmorską scenerią. Jest lekko zamglony, szarawy, co przywołuje obraz Bałtyku na

przełomie października i listopada. Myślę, że w pewien sposób potęguje to doznania, Lonergan nie

buduje na efektach, ale na historii, na dążeniu do ukazania możliwie najbardziej ludzkiej strony

produkcji. Na pierwszy plan wybija się jednak sposób w jaki film został zmontowany. Ujęcia zdają

się płynąć po ekranie, a dwie osie czasowe są zszyte niemal perfekcyjnie.

Nie uważam, że jest to film idealny, zdecydowanie brakowało mi wyjaśnienia niektórych wątków.

Bardzo chciałabym lepiej zrozumieć Patricka, zwłaszcza jeśli chodzi o jego relacje z

dziewczynami i przyjaciółmi.

,,Manchester by the sea” otrzymał aż sześć nominacji do Oscara i nie ukrywam, że mam

nadzieję, że wygra w najważniejszych kategoriach – najlepszy film i najlepszy aktor

pierwszoplanowy czy najlepszy reżyser. Co wybierze akademia, przekonamy się już 26 lutego. Ale

jest to film, który trzeba zobaczyć. Jest to film o przebaczeniu, o zmierzeniu się z własną

przeszłością. Czy Lee Chandler pokona demony wspomnień i opuści swoją kryjówkę, którą stał się

Boston? Tego dowiecie się w kinach. Wierzę, że nikt z Was się nie rozczaruje.