Wyzwania

Nicole Krupa

Wiadomość o niedawnym ogólnopolskim proteście studentów, którego najgłośniejszym chyba hasłem stał się sprzeciw wobec ananasa na pizzy, a więc raczej nie rozbudził ducha walki o prawo  i demokrację, podsunęła mi wizję człowieka młodego jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Człowieka układającego mające w założeniu porywać tłumy slogany i dającego się porywać wizjom utopii. Może było to głupie, nierozsądne, może jedynie sporadycznie prowadziło gdzieś indziej, niż donikąd, ale zdaje się, że pokolenia poprzedzające nasze miały w sobie więcej zdecydowania, więcej ambicji; nie tylko negowały porządek, który zastały, ale chciały ustalić nowy, wyrzeźbić świat zgodnie ze swoimi poglądami, marzeniami. Nawet jeśli nie w imię konkretnej idei, to dla buntu jako wartości samej w sobie, a przecież bunt – o czym, odnoszę takie wrażenie, dzisiaj powoli się zapomina – niekoniecznie musi być siłą niszczącą, może być też siłą twórczą, zdolną przekształcać, budować rzeczywistość.

 

Obecnie ten kult młodzieńczej gwałtowności, przerostu ambicji, który jeszcze niedawno miał pozwalać na porywanie się na rzeczy niemożliwe, zaczyna się rozmywać. Dzisiejszy świat należy do ludzi dojrzałych, rozsądnych, dążących do stabilizacji i bezpieczeństwa. Pogoń za marzeniem okazała się wobec tego tylko niepotrzebnym ryzykiem. Nie jesteśmy już dziećmi, wiemy, czego się od nas wymaga, toteż wchodzimy w dorosłość stąpając twardo po ziemi, wpatrzeni w teraźniejszość.

 

Może to wcale nie jest takie złe. Ale tak jak ta jeszcze niedawno ceniona siła młodzieńczego sprzeciwu wobec nieidealnej rzeczywistości miała swoją destruktywną stronę, tak i realizm naszego pokolenia ma swoje konsekwencje. Bo popadamy w stagnację, uciekamy w ciepłą przeciętność. Trudno się pokłócić nic nie mówiąc, trudno popełnić błąd nie podejmując działania. Nasze pokolenie czuje się lepiej w masowości, bo za każdą pomyłkę odpowiedzialność jest jedna, a w grupie osób do jej podziału – wiele. Dlatego w klasie, w której znaczna większość uczniów zna odpowiedź na zadane przez nauczyciela pytanie po dłuższej chwili krępującej ciszy zdecyduje się wypowiedzieć zaledwie kilkoro z nich. Realistyczne podejście do życia okupiliśmy obawą przed błędem i odrzuceniem.

 

A przecież znamy się tylko tyle, na ile nas sprawdzono. Nie zna swoich poglądów ten, kto nigdy się nie kłócił. Nie zna swoich możliwości ten, kto nigdy się nie potknął. Trochę mi brakuje tej energii, która przychodzi na myśl, kiedy się słyszy, że współczesny świat należy do człowieka młodego; tej energii, która w działaniu pozwala kształtować rzeczywistość. W działaniu, nie w narzekaniu, nie w sarkastycznych komentarzach, nie w przeglądaniu ton nihilistycznych memów. Bo jeszcze trzeba właśnie podjąć jakieś wyzwanie, nie przed światem, ale przed samym sobą; wykrzesać z siebie trochę siły, wyjść z domu, zaangażować się w coś, coś stworzyć, popełnić parę błędów i przełknąć parę porażek. Samo podjęcie wyzwania, zakończonego źle czy dobrze, to materiał do wypchania człowieka doświadczeniem, wiedzą, poglądami, materiał do oblepienia go jego własną osobowością. Może właśnie dlatego czasem warto  kazać się zamknąć rozsądkowi, wyłączyć racjonalną ocenę własnych sił, zrobić coś mimo siebie, żeby obejrzeć się przez ramię i stwierdzić, że gdzieś się dotarło i że coś to zmieniło.

 

Bo to, co robimy, ma znaczenie, na coś wpływa. Teraz, kiedy jesteśmy młodzi, jeszcze pełni siły i nadziei, stoi przed nami największe wyzwanie – życie do uporządkowania i świat do ukształtowania. I nie spyta, czy damy radę.