Ludzie mają problem z codziennością. Poważny problem. I choć brzmi to naprawdę kuriozalnie, to jednak można dojść do wniosku, że większa część życia upływa nam na dość zabawnym szamotaniu się z czymś, co je wypełnia. Jeśli akurat ktoś nie wpada w depresję, głęboko zawiedziony monotonią i bezsensem istnienia, to przynajmniej zadziwiająco konsekwentnie próbuje nieznośną zwykłość odsunąć od siebie jak najdalej. Wskutek rozwoju mediów pojawiła się tendencja do ucieczki w światy nieporównywalnie ciekawsze, najczęściej fikcyjne, a przynajmniej cudze (choć tu granica jest wyjątkowo cienka i niewyraźna). Koniec końców okazuje się, że funkcjonuje sobie całkiem spora grupa ludzi, którzy lepiej orientują się w życiu Kardashianów albo Targaryenów niż we własnym.

To jedna droga. Ale całkiem popularna jest też inna, całkiem, jak się wydaje, ambitna. Można, zamiast uciekać przed codziennością, wygonić ją jak najdalej, ograniczyć do minimum, nie pozostawić jej w życiu miejsca. Udawać, że nie istnieje, stawiając w zamian drogę do szeroko pojętej prawdziwej, pełnej egzystencji, której kształt jest tak różny, jak różne są ludzkie marzenia. Te ślady, resztki zupełnie nieproduktywnej, bezcelowej wolności wzbudzają w nas niewyraźne uczucie niepokoju. Co z nimi zrobić, jak do nich podejść, jak je ocenić? A co, jeśli – poza nimi – nie ma na tej ziemi życia drugiego, lepszego rodzaju?

Nie próbuję powiedzieć, że dążenie do sukcesu zawsze jest sposobem na wypełnienie jakiegoś braku, na uciszenie tęsknoty za niezwykłością, która koniec końców okazuje się fatamorganą. Nie chcę też ukazać kultury, jakby nie było, opartej na fikcji  i kreowaniu alternatywnych obrazów rzeczywistości,  jako zła kuszącego człowieka, odwodzącego go od czysto abstrakcyjnego przecież świata absolutnie prawdziwego. Oznaczałoby to pewnie cofnięcie się w ewolucji mniej więcej do etapu, w którym małpiatki nie potrafiły jeszcze mówić. Albo i jeszcze wcześniej.

Ale do rzeczy. Chodzi mi o to, że traktujemy prozę życia jak takie wyrodne dziecko w rodzinie, którego w najlepszym wypadku się nie dostrzega i nie docenia, a w najgorszym wygania za drzwi. I tracimy, wypuszczamy z rąk mnóstwo dni, tygodni, miesięcy, które trzeba przetrwać i odpracować, żeby doczekać innego, lepszego czasu, który albo nie nadchodzi wcale, albo zauważamy, że w ogóle był, kiedy już minął. Codzienność rzadko stanowi dla kogokolwiek wartość, chyba, że akurat ma porównanie z czymś mniej przyjemnym. Automatycznie przeżywana, niezauważana, nie stanowi dla nas wartości, ale środek do celu.

W zabieganym świecie, zajęci ulepszaniem i poprawianiem wszystkiego, straciliśmy umiejętność doceniania wszystkiego takim, jakie jest.  Kończymy wiecznie niezadowoleni, niezaspokojeni, goniący gdzieś – i nie wiadomo gdzie. Może warto – na krótką chwilę – zatrzymać się, odetchnąć, nacieszyć światem, który w swojej bezcelowości jest, jaki jest, niedoskonały, z mnóstwem nieładnych blizn i znamion, ale przecież – niekoniecznie całkiem zły. A co najważniejsze, nie chodzi mi tu tylko o świat w postaci przypadku, rzeczy, martwego otoczenia. Chodzi mi także o ludzi. O nas samych. O to, że są jacy są, ale poza mnóstwem rzeczy do poprawy, ogromem celów do osiągnięcia, ludzie nie są niedokończoną rzeźbą, ale wartością samą w sobie. Bo mogli być inni, bo mogło wcale ich nie być. Bo mimo długiej listy wad mają też sporo zalet.

Piszę to, bo przeraża mnie gonitwa, bieg tylko do przodu, jakbyśmy faktycznie mieli gdzieś kiedyś dobiec, dotrzeć do doskonałego świata doskonałych ludzi. Dobrze jest dążyć do lepszej rzeczywistości, zatrzymanie się w cichej akceptacji obecnego stanu rzeczy to raczej nie najlepszy pomysł. Ale może warto iść nieco wolniej, by zauważyć w podróży nie tylko cel, ale i mijane po drodze miejsca.