Recenzje:

 

Deep Purple – inFinite

Zespół Deep Purple w przyszłym roku będzie świętować pięćdziesięciolecie istnienia. Co ciekawe, najmłodszy z członków – Steve Morse – ma 62 lata. Mimo to Brytyjczycy udowodnili, że nawet po tylu latach można stworzyć coś naprawdę dobrego.

Za brzmienie albumu odpowiadał producent Bob Ezrin, odpowiedzialny także za poprzedni krążek –  „Now What?!” – więc już po pierwszym zwiastunie zamieszczonym w Internecie spodziewano się, że będą do siebie podobne. Ku zaskoczeniu wielu fanów szybko okazało się, że „inFinite” jest całkowicie różny od swojego poprzednika.

Płytę rozpoczyna zniekształcony, mroczny śpiew Iana Gillana, do którego chwilę później dołącza do reszta zespołu. Singiel „Time for Bedlam” zasługuje na uwagę przede wszystkim ze względu na  fantastyczną część instrumentalną. Duet Airley-Morse (klawisze-gitara) wspiął się na wyżyny swoich kompozycyjnych możliwości – słychać tu pierwszy (i niejedyny) na tym albumie wpływ rocka progresywnego. W utworze „Hips Boots” zespół pokazuje pazur dzięki kilku chwytliwym riffom, które jednak szybko idą w niepamięć na rzecz kompozycji „All I Got Is You” – lekko jazzowy bit perkusyjny, zmiany tempa, dynamika i znakomity wokal 71-letniego Iana Gillana sprawiają, że dla mnie jest najlepszy z całej płyty. W „One Night in Vegas” na klawiszach drapieżnie popisuje się Don Airley, a na „Get Me Outta Here” prym wiedzie perkusja Iana Paice’e. Początek klimatycznego „The Surprising” daje chwilę na oddech, po czym przeradza się w ostre rockowe granie, przed blues-rockowym „Johnny’s Band”. Kolejne utwory: blues-rockowy „Johnny’s Band”, mocny „On Top of the World” i podniosły „Birds of Prey” zdecydowanie dorównują poprzednikom. Album kończy cover zespołu The Doors. Wesoły, bluesowy kawałek „Roadhouse Blues” moim zdaniem powinien być jednak zastąpiony jeszcze jedną własną kompozycją. Niemniej trzeba przyznać, że jest  on świetnie zaaranżowany i w „purplowym” stylu oddaje klimat oryginału.

„inFinite” to 40 minut naprawdę dobrego brzmienia. Po przesłuchaniu można czuć niedosyt jedynie z powodu tego, że płyta jest zaskakująco krótka. I chociaż może to był ostatni longplay w karierze brytyjskiej legendy rocka, panowie z Deep Purple udowodnili, że starość ich nie dotyczy i dalej potrafią tworzyć muzykę na światowym poziomie.

 

Daria Zawiałow – A kysz!

Darię Zawiałow pierwszy raz miałem okazję usłyszeć w jednej z edycji „X factora”. Nie spodziewałem się jednak wtedy, że jej kariera nabierze takiego rozpędu!

Szturmem zdobyła polską scenę muzyczną wydając pierwszy singiel z płyty „A kysz!” pt. „Malinowy Chruśniak”, który okazał się prawdziwym przebojem. Utwór jest niezwykle ambitny zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym, ponieważ nawiązuje do jednego z erotyków Bolesława Leśmiana.

W zeszłym roku Daria wystąpiła na Festiwalu w Opolu, gdzie otrzymała Nagrodę Polskiego Radia i Nagrodę imienia Anny Jantar. I niedługo później światło dzienne ujrzał utwór „Lwy” o drapieżnym charakterze, a następnie fantastyczny „Kudel Bury” z  porywającym refrenem. Na płycie znajdziemy jedenaście kompozycji utrzymanych w klimacie ambitnego popu, w akompaniamencie perkusji, basu i klawiszów. Największy udział w nagraniu ma jednak gitarzysta Piotr Rubik, który pełnił rolę współkompozytora. Spośród wszystkich piosenek wyróżnia się ,,Chameleon” – jedyny utwór po angielsku, tylko przy wtórze gitary. Uwagę zwraca także znakomity „Król Lul”, który jest najmocniejszym i najbardziej rockowym utworem na płycie i jest świetnie zaaranżowany i zaśpiewany.

„A kysz!” to chyba najlepszy debiutancki  album ostatnich lat, jaki miałem okazję usłyszeć. Wszystko jest na nim wręcz idealne, od śpiewu Darii, przez niejednokrotnie inspirowaną wierszami polskich poetów warstwę tekstową, po część instrumentalną. Zawiałow to kolejna artystka, która dołączyła do wąskiego grona najlepszych muzyków polskiej sceny alternatywnej.

 

Minirecenzje, czyli przegląd nowości:

 

Depeche Mode – Spirit

4 lata po bardzo dobrze przyjętej płycie pt. „Delta Machine” brytyjskie trio wraca z nowym wydawnictwem. Na albumie znajdują się utwory z dużą dozą elektroniki, ale nie brakuje także znanej od od lat fuzji muzyki elektronicznej z gitarowym rockiem i bluesem. Co ciekawe, singiel „Where’s the Revolution” już po dwóch tygodniach trafił na pierwsze miejsce Listy Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia.

 

John Mayer – The Search For Everithing

Na nowej płycie amerykańskiego wokalisty i gitarzysty znajdziemy dwanaście kompozycji. Część z nich została wydana przedpremierowo w formie minialbumów zatytułowanych „Wave One” i „Wave Two”. Na krążku usłyszymy charakterystyczne, lekkie piosenki, zarówno akustyczne, jak i zagrane na gitarze elektrycznej.

 

happysad – Ciało obce

Zespół happysad dalej podąża w obranym kilka lat temu kierunku, łącząc różne formy rocka z elementami psychodelii. Mimo energicznych fragmentów, album jest ponury, teksty mają charakter refleksyjny, są wręcz mroczne. „Ciało obce” najlepiej określa druga część nazwy zespołu.

 

Blackfield – V

Piąty album brytyjsko-izraelskiego duetu w składzie Steven Wilson i Aviv Geffen zawiera trzynaście kompozycji utrzymanych w klimacie pop-rockowym. Stonowane i lekko melancholijne brzmienie tworzy doskonały nastrój i pokazuje, że muzykom świetnie się ze sobą współpracuje.

 

Incubus – 8

Incubus ma za granicą status gwiazdy rocka, jednak w Polsce dalej jest mało znany. Album „8” nie miał jeszcze premiery, ale światło dzienne ujrzały trzy single. Pierwszy z nich „Nimble Bastard” to energiczny, rockowy przebój. Pozostałe: „State Of Art” i „Glitterbomb” są już bardziej stonowane, ale nie brak im charakteru. Producentem tego wydawnictwa jest DJ Skrillex. Ma pojawić się także duet z wokalistą metalowego zespołu Deftones Chinem Moreno. Możemy się więc spodziewać naprawdę ciekawej i pełnej różnorodności płyty.

 

Z cyklu artyści mniej znani… Steven Wilson

Steven Wilson to artysta, którego z pełną odpowiedzialnością można nazwać muzycznym człowiekiem renesansu. Potrafi grać m. in. na gitarze, basie, klawiszach i flecie. Jest wokalistą, a także producentem muzycznym. Nagrał prawie sto płyt, wyprodukował kilkadziesiąt i uczestniczył w ogromnej liczbie rozmaitych projektów muzycznych.

Najbardziej znanym jest chyba Porcupine Tree, będący początkowo solowym projektem Wilsona, który później przekształcił się w kwartet. Można powiedzieć, że pierwsze albumy przypominają uwspółcześniony Pink Floyd. Następnie grupa skierowała się w stronę rocka progresywnego, kończąc na eksperymentalnym metalu przeplatanym elektroniką i akustycznymi wstawkami. Największym dziełem pozostaje jednak album „Fear Of The Blank Planet”, zawierający m. in. siedemnastominutową kompozycję „Anesthetize”, krytykujący współczesne pokolenie zajmujące się głównie telewizją, komputerem i grą na konsoli.

Duet „Blackfield” (którego ostatni album został opisany powyżej) to wynik współpracy Stevena Wilsona z izraelskim muzykiem Avivem Geffenem. Ich twórczość różni się zdecydowanie od repertuaru „Porcupine Tree”. Bliżej jej do pop-rocka niż progresywnego metalu. Na ostatnich płytach większość utworów jest napisana przez Geffena, jednak wkład Wilsona jest także znaczący.

Steven występował także w zespole No-Man łączącym rock, jazz i dream pop czy w zupełnie niepowtarzalnym i trudnym do określenia projekcie Storm Corrosion. Od lat wydaje także solowe płyty, z których każda jest zupełnie inna. Pierwsza pod tytułem „Insurgentes” zawiera mieszankę rocka progresywnego, ambient i elektroniki, pojawiły się na niej nawet utwory trip-hopowe. Natomiast „The Raven That Refused To Sing” jest swego rodzaju hołdem dla progresywnych grup, takich jak np. King Crimson. Jego ostatni krążek pt. „Hand Cannot Erase” jest  albumem koncepcyjnym, inspirowanym prawdziwą historią kobiety, która zmarła w swojej kawalerce, a jej ciało zostało odnalezione dopiero po trzech latach. Zapomnieli o niej jej przyjaciele, a nawet rodzina. Wilson zaprezentował niezwykle melodyjny longplay, który jednak ma swój niepowtarzalny styl, a kompozycje są niesamowicie różnorodne. Smaku dodaje gościnny udział zwyciężczyni izraelskiej edycji programu Americal Idol, znakomitej wokalistki Ninet Tayeb.

Wśród ogromnej ilości kompozycji Stevena Wilsona, wydanych przez niego samego lub w formie różnych muzycznych projektów, każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie.

Czy lubisz rocka, metal, elektronikę, pop, czy po prostu ciekawą i niespotykaną muzykę, zachęcam do poszukania jakiegoś utworu lub całej płyty tego artysty, co w dobie Internetu i serwisów streamingowych nie jest wcale trudne.