Spadek hrabiego d’Anjou

Adam Drożyński

Hrabia Antonie d’Anjou zmarł otoczony kręgiem kochającej rodziny, wdzięcznej służby oraz pełnych szacunku sąsiadów w słusznym wieku na jesieni 1857. Jako głowa rodu był właścicielem i zarządcą ogromnych dóbr ziemskich w południowej Normandii, Prowansji oraz w okolicach Lyonu, jak również jednym z głównych udziałowców potężnej fabryki tekstylnej, gdyż hrabia, mimo swego podeszłego wieku, prezentował poglądy nadzwyczaj postępowe. Nie trzeba było długo czekać, by między licznym potomstwem zmarłego – a warto wspomnieć, że doczekał się pięciu synów i ponad dwudziestu wnucząt – wybuchły spory o podział majątku. Niezgoda zapanowała w rodzie d’Anjou – gdy jedni ostrzyli sobie zęby na rodowe kosztowności i pałace, inni pragnęli położyć swoje ręce na papierach doskonale prosperującej spółki, kolejni zaś już rozważali, co zrobić z pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży ogromnych posiadłości ziemskich. Waśnie trwały bez mała przez rok, rozstrzygnęła je dopiero umowa między dwoma synami hrabiego, na którą reszta, dzięki wielkiej energii i zdecydowaniu najstarszego, musiała prędzej czy później przystać. Oto co postanowiono:

Brat najstarszy, Pierre, mężczyzna wielkiej siły i postury, choć podeszły już trochę w latach, otrzymał wszystkie posiadłości w Normandii, gdzie znajdowała się kolebka rodu, którymi od dawna już zarządzał, a których poprzysiągł nie sprzedawać aż do swojej śmierci, wymuszając jednocześnie taką samą przysięgę na swoim jedynym synu.

Drugi z synów, Henri, który już ponad dziesięć lat bawił w Petersburgu jako konsul, gdyż do mistrzostwa opanował umiejętność dostosowywania się do zmieniających się rządów, wzbogacił się o ogromne sumy w złocie, kosztownościach oraz dziełach sztuki, którymi jednak cieszyła się głównie jego młoda, przebywająca w Paryżu żona. Nadzwyczaj z tego powodu zadowolona z jeszcze większą niż dotąd pasją oddała się wszystkim przyjemnościom, które Paryż mógł jej zaoferować.

Środkowy syn, nazwany po ojcu Antonie, niezwykle do niego podobny, odziedziczył udziały w spółce tekstylnej, którą prowadził wespół z jednym z najzamożniejszych lyońskich przemysłowców. Odpowiadał mu ten układ, toteż natychmiast z niezwykłą energią wgryzł się w działalność przedsiębiorstwa. Dzięki niemu niedługo stało się ono również jednym z największych potentatów kolejowych w kraju.

Czwarty z braci d’Anjou, Etainne, człowiek spokojny i opanowany, pozbawiony większych ambicji samotnik i kawaler, stał się panem posiadłości na południu Francji, które zresztą natychmiast sprzedał – za wyjątkiem niewielkiej posiadłości w okolicach Marsyli, gdzie osiadł. Wywołując skandal towarzyski, ożenił się z chłopką z pobliskiej wsi, z którą żył spokojnie i dostatnio do końca swojego życia.

Ostatni wreszcie z braci, najmłodszy, podrostek ledwie dwudziestopięcioletni imieniem Jean, zgodnie ze starym zwyczajem szlachty francuskiej otrzymał w spadku ciało swojego zmarłego ojca, które, jako że był niezwykłym hulaką i lekkoduchem, niezwłocznie sprzedał, a pieniądze uzyskane z tej transakcji przepił i przepuścił.

Zwłoki zostały wystawione w jednym z najsłynniejszych paryskich domów aukcyjnych przy Rue de Vertboire, gdzie nabył je pewien bogaty kupiec zajmujący się handlem azjatyckim. Od dawna szukał sposobu, jak swój młody majątek ozłocić szlacheckim tytułem, więc gdy tylko nadarzyła się okazja do zdobycia herbu –  w dodatku znanego i szanowanego w całym kraju – nie zwlekał długo z decyzją. Ciało hrabiego ustawiono w jego gabinecie w szklanej trumnie ozdobionej rodowymi symbolami. W ten sposób kupiec Denis, choć nie stawał się sensu stricte szlachcicem, to znacznie podnosił szansę na nobilitację swoją lub –  najgorszym wypadku – swojego syna. Historia, jak się okazało, zdecydowała jednak inaczej.

Szlachetny denat przeleżał w luksusowym gabinecie kilkanaście lat, lecz gdy nadeszła wojna, skończyły się pomyślne czasy dla francuskiego plutokraty. Zajmował się dostawami dla wojska Napoleona III, więc gdy armia poszła w rozsypkę, a w stolicy zapanował chaos, okazało się, że długi zaciągnięte w czasie wojny stanowią najmniejszy problem dla nowego rządu, a sprytny, lecz uczciwy Denis zbankrutował. Ostateczny kres jego marzeniom o szlacheckim tytule przyniosła rewolucja ludowa w Paryżu, podczas której oddział wściekłych komunardów splądrował jego apartamenty, wynosząc również rzecz jasna ciało znienawidzonego ze względu na swój stan hrabiego. W ten sposób, zamiast w marmurowym, rodowym grobowcu na wiekowym, normandyjskim cmentarzu, hrabia spoczął w zbiorowym dole na zwłoki w jednej ze wschodnich dzielnic Paryża. Gdy tylko dowiedział się o tym najstarszy z jego synów, nie zważając na różnice stanowe, wyzwał na pojedynek kupca, właściciela ojcowskich zwłok, który ich najwidoczniej należycie nie upilnował. Niestety, hrabia Pierre d’Anjou był już człowiekiem podeszłym w latach, którego wzrok nie mógł sprostać celowi, jakim było trafienie adwersarza, toteż – choć dopiero po czwartej serii strzałów, gdyż kupiec był nieobyty z bronią – poniósł śmierć na miejscu.

Nie upomnieli się o oddanie ojcu sprawiedliwości pozostali bracia. Henri, dla którego po wojnie zaczęła się dobra passa, gdyż nowy, burżuazyjny rząd premiera Thiersa dążył ze wszystkich sił do poprawy relacji z caratem, w którym upatrywał przeciwwagi dla bismarckowskich Niemiec, zajęty był wyłącznie kwestiami zawodowymi oraz sprowadzeniem do Rosji swej nadal młodej i urodziwej żony, do ojczyzny przyjeżdżał więc nie częściej niż raz w roku. Antonie, ku rozpaczy całej rodziny, poniósł śmierć w bitwie pod Sedanem, gdyż w obliczu wojny dobrowolnie zaoferował swoje usługi w charakterze oficera, w czym okazał się równie uzdolniony, co w interesach, nie mógł jednak nic zdziałać wobec porażki całej armii. Etainne, jak już wspomnieliśmy, zaszył się w swym niewielkim prowansalskim pałacu i ani myślał o ojcowskim ciele. Jean zaś zaginął bez wieści.

I tak zapomniano o zwłokach hrabiego, które spoczęły w jednej z masowych mogił. Stary szlachcic znów musiał sam zadbać o swoje sprawy, jak zwykł robić, dopóki jeszcze żył. Niezmordowanie kopał w kierunku rodzinnej Prowansji, co rusz natrafiając na przeszkody w postaci kamieni i glinianych brył. W samym Paryżu doprowadził do kilkunastu uszkodzeń kanalizacji oraz zawalenia dwóch ulic. Za to pierwsze poleciały głowy niewinnych majstrów, drugie zrzucono na karb przesunięć tektonicznych. A hrabia kopał, centymetr po centymetrze, sam już nie wiedział czemu.