Czysty przypadek zadecydował o tym, że nocą z 14 na 15 maja Józef Bosak nie mógł zasnąć. Męczył go głód, długotrwałe, gromadzące się od miesięcy pragnienie, którego nie mógł zaspokoić zjedzony w pośpiechu posiłek z kaszy i kromki chleba. Głód nie pozwalał mu panować nad myślami – wbrew samemu sobie zanurzał się w najgorszych wspomnieniach. Na wszelkie sposoby próbował je zagłuszyć, odwołując się do swoich najwznioślejszych uczuć i najpodlejszych żądz, lecz i to nie było w stanie skierować jego umysłu na inne tory. Dusząca rozpacz pochłaniała go w całości.

Kroki na schodach. Dwie osoby, wiedzą, jak chodzić, żeby nie robić hałasu, ale po trzech latach szczurzego życia nic nie było w stanie oszukać wyczulonych zmysłów Bosaka. Zamarł w bezruchu, wstrzymał oddech. Wchodzą na pierwsze piętro, siódmy stopień charakterystycznie skrzypnął, nie zatrzymują się. Jeśli idą po mnie, to mam dwadzieścia sekund, zawsze zostawiają wartownika przy drzwiach, drugi może być w podwórzu, czasem tak robią. Plan był gotowy od miesiąca, czuł, że prędzej czy później to nastąpi. Trzy kroki do okna, stopy stawiać w miejscach oznaczonych czerwoną farbą. Framugi były zamknięte, ale szyby zdemontowane, otwarte okna na noc byłyby zbyt podejrzane. 5 metrów, na dole specjalnie na tę okazję przygotowane śmieci. Tego elementu dotąd nie próbował.

Stanisław Górecki pseudonim „Sokrates” przed wojną był studentem ostatniego roku wydziału prawa na Uniwersytecie Warszawskim, pochodził z zamożnej rodziny z wiekowymi tradycjami. W lipcu 42 dołączył do konspiracji, w której od tamtego czasu z powodzeniem służył. Obudziło go pospieszne stukanie do drzwi – pospieszne, lecz nie chaotyczne. Natychmiast, nie zważając na ryzyko otworzył drzwi i siłą wciągnął niespodziewanego przybysza do środka. Teraz trzeba czuwać, teraz trzeba słuchać, teraz liczy się tylko broń przyrosła do dłoni i wrogi świat za drzwiami.

 

***

 

  • Wyskoczyłem, byłem tak podniecony, że nie poczułem bólu. W momencie, gdy wybiegałem z podwórza otworzyli moje drzwi. Jeden z nich trzymał pochodnie w dłoni, widziałem tylko ją. Była ogromna, przez moment przeszło mi przez myśl, że to niemożliwe, żeby tak wielki płomień zmieścił się w moim mieszkaniu. Nie widzieli mnie, jak sądzę, mogli słyszeć. Najpierw pobiegłem nad rzekę, do trzeciego schronu, odczekałem godzinę – tak przynajmniej mi się zdawało – i przyszedłem tutaj. Szedłem podwórkami, nie natknąłem się na żaden patrol.
  • Zawsze jest jeden wartownik na podwórzu, jakim cudem cię nie zauważył?
  • Tym razem nie było. Może zmienili regulamin, zabrakło im ludzi, zlekceważyli sprawę, nie wiem.
  • No nieważne, nieważne, nie możesz tu natomiast zostać, tak, to pewne. Poinformuję dzisiaj Muromca o całej sytuacji.
  • Dlaczego nie mogę zostać? – powiedział Bosak z paniką w głosie.

Sokrates spojrzał na niego zaskoczony.

  • To oczywiste, znamy się zbyt dobrze, skoro przyszli po ciebie, to zaraz mogą przyjść po mnie, albo chociaż wpaść na to, że tu jesteś.
  • Nie wiem, czy nogi pozwolą mi iść dzisiaj do Muromca.
  • Nie przesadzaj – klepnął go przyjaźnie w ramię – zuch z ciebie, po takim skoku niejeden nawet by nie wstał, a ty jesteś tylko trochę poobijany.
  • Bóg nade mną czuwał, jak byś pewnie powiedział.
  • O to to to, dokładnie tak. Chociaż, znając ciebie, to równie dobrze mógł czuwać ten drugi.
  • Nigdy nie wiadomo, czy coś w środku się nie popsuło.
  • Że? A, w nodze, no, no niby tak, niech będzie, chociaż ryzyko…
  • Beze mnie nie zdałbyś logiki…
  • Ach, tak tak tak, tyle razy już ci za to dziękowałem – Sokrates przerwał mu momentalnie – no dobrze, skoro nalegasz, ze względu na naszą długą znajomość możesz schować się dzisiaj w szafie. Wiesz gdzie, prawda? Bo ja już, obawiam się, muszę wychodzić, wojna wojną, ale praca pracą przymusową.
  • To prawda, nie wiem jak ci dziękować.
  • Krótko przyjacielu, jak najkrócej.

Chwilę później płynął już pośród kolejnych fal zbolałych przechodniów wojennej Warszawy. Bosak został sam, rozbitek w cudzym domu. Czekał i myślał co zrobić dalej.

 

***

  • A cóż to, zasnął mój nocny obieżyświat? –  Sokrates stanął w drzwiach pokoju – Przynoszę wszystko według zamówienia, mam pół kilo chleba, zdobyłem trochę masła, dwie kiełbasy, a na deser śmierć męczeńska za ojczyznę dwa razy podana, danie dnia mistrza Adolfa.
  • Jesteś już… Która, ach, już osiemnasta, jesteś wielki, nie jadłem od miesiąca.
  • Och, wielcy to my będziemy obaj, jak po nas przyjdą, zmitologizują nas jak się patrzy, ja będę Levittoux, ty Trauguttem, nadasz się, ponuraku.
  • Myślałem, że człowiek z twoimi poglądami wolałby być Jezusem.
  • O! Zbluźnił! Powinieneś się cieszyć, że nie jesteśmy Żydami, miałbym prawo cię ukamienować!
  • Jest 1944, zapewniam cię, że mam już kilka lepszych powodów, żeby cieszyć się, że nie jestem Żydem.
  • Masz, jedz, jak tam noga twoja szanowna? A, zapomniałem ci powiedzieć, rozmawiałem dzisiaj z Justynką i poprosiłem, żeby przez najbliższy tydzień nie przychodziła, i ja do niej też nie będę, wiesz, żeby uniknąć problemów.
  • Sumienie gryzie?
  • Bezwstydnik. Miałem na myśli to, że możesz…
  • Wiem, dziękuję.
  • Wiesz, wiesz, jak zawsze, zawsze tak myślisz.

Umysł Bosaka momentalnie wpadł w panikę. Wie? Domyśla się, zgaduje, rozmawiał z Muromcem, wie o akcji? A co jeśli to on? Po co mu była ta pochodnia? Nie, niemożliwe. Ale czekanie nic nie pomoże i tak jest zdany na jego łaskę i niełaskę. Obaj zaczęli jeść. Józef patrzył na swojego towarzysza – jego sposób jedzenia w każdym normalnym czasie i miejscu byłby uznany za skrajnie niechlujny, ale nie tutaj. Górecki odrywał po kawałku chleba, przez chwilę międlił go w dłoni, wtedy dopiero jeden z końców zanurzał w maśle i zjadał wraz z kiełbasą. Nie spieszył się, jak wszyscy inni i samo to już wystarczyło, by ruchy jego ukazały swoje szlachetne dostojeństwo, były to ruchy człowieka z poprzedniej epoki, człowieka, któremu nigdy jedzenia nie brakowało i który nie pozwolił, by wojna zmieniła jego spojrzenie na świat. Podziwiał go, samemu jedząc tak szybko, jak tylko zdołał.

  • To nasi wczoraj po mnie przyszli.

Zakrztusił się. Wiedziałem, że się zakrztusi. Więc jednak jest tylko człowiekiem, słabym i przerażonym, égalité!

  • Co? Nie rozumiem, wczoraj w nocy? Po co w takim razie uciekałeś, po co to wszystko, przecież…
  • Zdradziłem. Naprawdę, tak ciężko na to wpaść? Musiałem to mówić?!
  • Ach, no prawda, prawda. Wartownik na podwórzu, inne takie…
  • Kocioł u Andrzeja, to moja robota, miesiąc temu, może pamiętasz, pięciu naszych zlikwidowali!
  • Przestań, nie musisz, wiem, pamiętam. Rozumiem, jak sądzę. Kto cię będzie szukał?

 

***

Zostałem u Sokratesa przez najbliższe miesiące. On pracował i przynosił jedzenie, a raz na jakiś czas wychodził w ognistą noc, wracając rano mówił, że był u Justyny. W lipcu raptem przestał tak mówić. Pod względem materialnym żyło mi się lepiej niż wcześniej – miałem codziennie obiad, nadal nie mam pojęcia, skąd Sokrates brał tyle jedzenia. Byłem mu wiecznym dłużnikiem, a jednocześnie jego więźniem. Starałem się pomagać, mieszkanie zawsze lśniło czystością, buty były wyglancowane na wysoki połysk. Robiłem to tylko wtedy, kiedy go nie było w mieszkaniu, nigdy nie wspomnieliśmy o tym ani słowem. Sierpień wplątał nas w koła historii wielkiej, a świat zapomniał o moich czynach, dalsze zaś dzieje Sokratesa, jak również moje, choć są mniej interesujące i inspirujące, nie są zaś już częścią tej opowieści.