Nazywam się cukinia

Jeśli znalazłeś się tutaj po przeczytaniu powyższego, dziwnie brzmiącego tytułu, już uspokajam. Nie jest to wstęp do prowegańsko – wegetariańskiego manifestu. Nie zamierzam mówić o moim kabaczkowym alter ego. Będzie nieco poważniej. ,,Ma vie de courgette” to szwajcarska bajka, jedna z pięciu animacji nominowanych do tegorocznych Oscarów (przyp. red. statuetka trafiła do twórców ,,Zwierzogrodu”). Swoją światową premierę miała blisko rok temu, do polskiej dystrybucji trafi dopiero 2 czerwca, jednak można już było ją obejrzeć na paru festiwalach, a także w wielu kinach studyjnych.

Jest to opowieść o kilkuletnim chłopcu, który po stracie mamy, umierającej w dość dramatycznych okolicznościach, trafia do domu dziecka. Icare, bo tak ma na imię, woli, gdy się go nazywa Cukinią. Z początku nie potrafi się odnaleźć w nowym otoczeniu, czego nie ułatwiają mu  koledzy. Po kilku dniach wszystko się zmienia, gdy dzieciaki odkrywają, że więcej je łączy, aniżeli dzieli. Życie wszystkich nabiera kolorów wraz z przyjazdem nowej dziewczyny – Camilli, podrzuconej przez ciotkę, która ma inne rzeczy na głowie niż wychowanie siostrzenicy. Animacja skupia się na ukazaniu, jak dzieci radzą sobie w tych trudnych warunkach.

Bardzo łatwo można odnieść błędne wrażenie, że jest to film banalny, oklepany, grający na emocjach tanimi chwytami. Nic bardziej mylnego. Historia jest ukazana z perspektywy dziecka,  niebywale prosto i subtelnie, a motywom, które tyle razy mogliśmy zobaczyć, Barras nadaje nowe życie. Animacja jest wyjątkowo surowa, próżno w niej szukać pięknych kadrów, takich jak w Kubo i dwie struny. Choć obydwie bajki powstały przy użyciu techniki poklatkowej, to jednak od razu widać, że nie na tym szwajcarska produkcja stoi. Twórcy oszczędzają na wszelkich wizualnych doznaniach, aby widz mógł się przede wszystkim skupić na psychologii i głębi postaci.

Film jest niezwykle gorzki. Mimo tak młodego wieku, każdy z bohaterów już wie, że życie jest po prostu trudne, co w kontraście z ich dziecięcą niewinnością daje obraz ogromnego zagubienia. Sytuacjom, z którymi dorośli sobie ledwo radzą, muszą stawić czoła ośmiolatkowie. Dom dziecka jest dla nich niekończącym się obozem, wychowawcy starają się zapewnić im tyle miłości i dobra, ile mogą, mimo to dzieci muszą zadbać o siebie same. Właśnie dlatego, im szybszego tempa nabiera fabuła i im więcej dowiadujemy się o bohaterach, zaczynamy darzyć ich coraz większą sympatią. Dzieci próbują także odkryć sens relacji damsko – męskich, co, jak zauważyłam, spotkało się z krytyką. Wiele osób zarzucało, że jest to wątek niepotrzebny, z czym poniekąd muszę się zgodzić, ale myślę też, że dzięki temu możemy wraz z bohaterami powoli wejść w okres dojrzewania. Jednak przede wszystkim odebrałam to jako próbę pokazania, w jaki sposób odkrywa miłość ktoś, kto tej miłości nigdy nie zaznał. Było parę scen, na których pociekły łzy. Chwytała za serce dziecięca mądrość, przyjaźń, ale też ogromny ból zderzenia tych trudności z ich nieświadomością i delikatnością.  Co ważne, nie są to przełomowe sceny, ale drobne kadry, które nadają cały sens produkcji. Nawet teraz, gdy piszę i to odtwarzam wszystko w głowie, czuję, jak łzy powoli napływają mi do oczu.

 

Choć w filmie nie brak oczywiście ciepła i humoru, to ponad tym wszystkim cały czas wisi ciężka chmura goryczy i smutku. Całość trwa nie więcej niż 70 minut, nie jest to ani za dużo, ani za mało. Jedyny zarzut mam do grupy docelowej. Choć może zarzut nie jest dobrym słowem, po prostu nie jestem pewna, czy nie jest tego za wiele, czy dzieci są w stanie to wszystko przyjąć I zrozumieć. Z jednej strony myślę, że tak, ponieważ jest to podane w niezwykle przystępnej formie, która przypomina stylem wieczorynkę. Poruszone zostały jednak bardzo trudne kwestie, dlatego bardzo chciałabym poznać właśnie opinie dzieci. A biorąc pod uwagę, że swoją mądrością nieraz potrafią zaskoczyć, tutaj także mogą wykazać się większą dojrzałością i zrozumieniem niż niejeden dorosły.

Jest to film zdecydowanie wart polecenia, jego głębię można odkryć dopiero po obejrzeniu. Niech Was nie zrażą surowy obraz i zakrawające na banał opisy, bo Nazywam się cukinia to coś więcej, to dziecinna szczerość, to zmierzenie się z życiem i światem, które obserwujemy z perspektywy dziecka. Właśnie w tym leży siła tego filmu. To, co wnosi, to także uwaga, że zakończenie nigdy nie rozwiąże problemów wszystkich bohaterów. Ta gorycz wciąż będzie się przeplatać z radością. Stale. Bez końca.

 

Recenzja miała być tylko wstępem, ale wyszło, jak wyszło. Od dłuższego czasu zastanawiałam się właśnie nad tym, dlaczego życie czasem nas przerasta. I jakkolwiek coelhowsko to nie brzmi, to myślę, że nie sposób znaleźć odpowiedź. Chociaż tak wielu wielkich szukało mniej lub bardziej sensownego wytłumaczenia, to ostatecznie odbijamy się od ściany, ponieważ cierpienia nie da się zamknąć w obrębie spraw pojmowalnych. Usłyszałam kiedyś, że gdyby dusza świadoma całego zła, które ją spotka, mogła wybrać, czy chce żyć, czy też nie, odpowiedź raczej byłaby negatywna. Nam, podobnie jak bohaterom bajki Nazywam się cukinia, nie dano tego wyboru. Potrzeba nie lada odwagi, aby żyć i konsekwentnie szukać wokół siebie dobra. Przywodzi  mi to także na myśl obraz Aleksandra Markowskiego, znajdujący się na Jasnej Górze pod tytułem ,,W środku nocy”. Przedstawia on Matkę Boską z Częstochowy otoczoną przez setki tarcz, na których, obok herbów Jagiełły i Batorego, artysta umieścił także historie zwykłych ludzi. To doświadczenie pokazało mi, że jest jeszcze tyle wolnych tarcz, które, jeśli tylko chcę, mogę zapełnić. I choć życie często zdaje się być ciemną nocą, zawsze znajdzie się dobro, które swym blaskiem i ciepłem rozproszy mroki.

Jest to dziesiąte wydanie, dla mnie prawdopodobnie ostatnie. Może stąd ten gorzko – nostalgiczny nastrój,  towarzyszący mi przy pisaniu tego tekstu. Jednak jest w tym wszystkim jakaś nadzieja, że teraz wszystko zaczyna się na nowo i życie otworzy przed nami kolejne szanse. I będziemy pewnie dalej ,,stawać się i nadchodzić”. W innym czasie, w innym miejscu, wbrew wszystkim i mimo wszystko.