Emmanuel Macron – tak nazywa się polityk, który już niedługo obejmie urząd prezydenta Republiki Francuskiej. Według exit polls pokonał Marine Le Pen z przewagą przynajmniej 30- tu procent. Jak doszło do tego, że człowiek nie reprezentujący żadnej z dwóch głównych francuskich partii wygrał prezydencki wyścig? Dlaczego liderka nacjonalistycznego Frontu Narodowego, Marine Le Pen, od początku była skazana na porażkę? Jak nowy prezydent będzie podchodził do relacji z Polską? Odpowiedzi poniżej.

23 – ego kwietnia, w pierwszej turze wyborów prezydenckich, aż czwórka kandydatów osiągnęła wynik wyższy niż 19% głosów. Warto dodać, że zwycięzca pierwszej tury, nie kto inny jak centrowy lider partii En Marche! Emmanuel Macron, pozyskał głosy jedynie 24% wyborców. Na drugim miejscu uplasowała się Marine Le Pen. O krok za nią znalazł się przedstawiciel Republikanów ( partii, która od dłuższego czasu odgrywała na francuskiej scenie politycznej znaczącą rolę), Francois Fillon. Za nim natomiast miejsce za podium osiągnął socjalista i antyestablishmentowiec, Jean-Luc Melenchon, który w tych wyborach zagarnął najwięcej lewicowego elektoratu, na czym mocno ucierpiała partia oddającego urząd Hollande’a. Ponieważ urzędujący prezydent cieszył się momentami poparciem sięgającym kilku procent, nie dziwi słaby wynik kandydata Socjalistów w wyborach. Należy zaznaczyć, że Hollande jest pierwszym prezydentem V Republiki, który nie ubiegał się o reelekcję.

Fenomen Marine Le Pen i jej prawicowych postulatów jest dość znany. W dobie zamachów terrorystycznych w Europie postulaty zamknięcia granic i hasła [tu wstawić kraj] dla [tu wstawić narodowość] są dość popularne, a fali eurosceptycyzmu w krajach Unii nie da się nie zauważyć. Macron jednakże, jako młody, do pewnego stopnia świeży w polityce lecz doświadczony kandydat, obronił swoją pozycję kandydata kierującego się praktyką, a nie ideologią. Wizerunek byłego ministra gospodarki, który pierwszy raz startował w wyborach prezydenckich, wpłynął bardzo istotnie na jego korzyść. Zarzucano mu jednak z obu stron, że jest wykreowanym politycznym produktem mającym wpasować się w oczekiwania wyborców, a nie autentycznym liderem, jak Le Pen czy Melenchon.

Kulminacją kampanijnego wyścigu przed drugą turą miała być debata, w której Le Pen i Macron zmierzyli się sam na sam. Oglądając ją jednak można było odnieść wrażenie, że kandydaci na te kilka godzin wyrzucili z głowy fakt, że słowa „kultura” i „dyskusja” mogą się w jakiś sposób łączyć. W wielu momentach, zamiast argumentów padały nieuzasadnione oskarżenia, fałszywe informacje oraz bezpośrednie ataki na przeciwnika. Obrazującą poziom wymiany zdań może być zarówno historyczna już sentencja tej debaty jak „widzę, że chce się pan bawić w nauczyciela i ucznia, ale mnie to nie kręci”, a także komentarze europejskich dzienników, wśród których znalazły się takie jak „smutny spektakl”, „najgorszy pojedynek telewizyjny” czy „rozmowa głuchych”. Każdy z kandydatów zwracał się raczej do przekonanych już do siebie wyborców, co mogło jedynie utrudnić wybór w dużej mierze nieprzekonanym Francuzom, a także wzmocnić zwycięzcę pierwszej tury.

Le Pen nawet bez słabego wystąpienia w debacie i tak miałaby duży problem by wybory wygrać. Ostatecznie z postulatami zamkniętych granic i odsunięcia się od UE nie identyfikuje się większość Francuzów. Elektorat lewicowy i Republikański w kandydacie centrowym widział raczej szansę na niedopuszczenie do władzy skrajności mogącej wywrócić porządek na kontynencie, aniżeli nadziei na francuską potęgę. Już przed oficjalnym wysunięciem kandydatury Le Pen liderzy największych politycznych ugrupowań głosili, że zrobią wszystko, by jej do władzy nie dopuścić. Trzeba do tego dorzucić osłabioną holenderską i austriacką porażką falę eurosceptycyzmu w Europie, a także wyraźny kontrast w postulatach ekonomicznych dwóch kandydatów – przez wielu określany jako socjalny populizm liderki Frontu Narodowego przeciwko racjonalnemu liberalizmowi Macrona.

Na koniec podsumowanie relacji przyszłego prezydenta z Polską. Po pierwsze, otwarcie na Unię Europejską, imigrantów i euro daje stabilność całej Unii i szansę dla nas, że problem imigrantów z Środkowego Wschodu i Afryki będzie rozwiązywany również na terenie Francji. Ze strony gospodarczej zdaje się, że Macron będzie prezydentem dla Polski wciąż lepszym niż Le Pen. Większe przyzwolenie na otwartość handlu zagranicznego niż zapowiadane przez byłą już kontrkandydatkę na pewno nie uderzy w interesy polskich eksporterów. Macron będzie walczył na europejskiej arenie nie tylko o dopłaty dla rolników, lecz również o rezygnację z węgla jako źródła wytwarzania energii. Trzeba jednak zauważyć, że Macron ma wyraźne zarzuty do polskich władz pod względem politycznym, m.in. w zakresie standardów demokracji, dlatego przyszła współpraca nie będzie należała do łatwych. Na korzyść jego z polskiej strony świadczyć może to, że jest zdecydowanym zwolennikiem NATO, które stanowi jedną z podstaw naszego militarnego bezpieczeństwa.

Czy tego chcemy czy nie, prezydent już został wybrany. Póki spełnienie kampanijnych obietnic stoi jeszcze pod znakiem zapytania możemy tylko spekulować czy zalety Macrona starczą, by polsko-francuskie stosunki kwitły. Choć najprawdopodobniej do tego nie dojdzie, to, jak będzie wyglądać przyszła polityka Francji, ukształtują jeszcze wybory parlamentarne za dwa miesiące. Czy rzeczywiście otworzy się „nowa karta nadziei i zaufania” jak powiedział prezydent-elekt tuż po ogłoszeniu pierwszych wyników okaże się wkrótce.