Lisbeth Salander

Michał Rajs

Linia brzegowa. Rozciągające się od Bergen aż po Nordkapp fiordy. Poskręcane parzydełka oceanu wnikające w cielsko lądu. Widoki przeznaczone dla oczu morskich bogów wyłaniających się ze spienionych kipieli. Pięć milionów mieszkańców i dwa razy tyle turystów sycących zmysły surowym, polarnym klimatem. Spokój, dobrobyt oraz ropa naftowa. I morderstwa.

 

Obok, na karku klęczącego Bałtyku, kilkaset kilometrów w głąb świerkowych lasów   niepozamykane na klucz domy, a w nich znane na całym świecie meble. Przyjazne spojrzenia, dziewczyny o złotych włosach i kryształowo błękitnych oczach, dostojna rodzina królewska. I morderstwa.

 

Właściwie, to żeby być całkowicie szczerym, należy przyznać, że Skandynawowie nie cierpią na przesyt wydarzeń. Rzeczywistość dalece odbiega od wyobrażeń na temat nazistów ze swastykami na czołach czy wysadzających się w każdym możliwym miejscu muzułmanów. Rocznie w obu krajach popełnianych jest sto zabójstw, czyli cztery razy mniej niż w Polsce.

 

A jednak tamtejsze kryminały prezentują zupełnie inny obraz. Oslo, rozdarte wojnami gangów, jest napęczniałym trupem sterowanym przez bezwzględnych polityków. Psychopaci wynajdują najbardziej bezbronne ofiary i pod przykrywką trudnego dzieciństwa dokonują bestialskich zbrodni. Policjanci z mroczną przeszłością śledzą każdy ich ruch, ale na końcu i tak okazuje się, że to pomyłka, a sprawcą jest ktoś inny – ktoś, kto cały czas szwendał się w pobliżu. Układanka okazuje się na tyle skomplikowana, że nikt, nawet czytelnik, nie wpadł na ślad ginący w tysiącach bardzo podobnych tropów. Nie ma tu Sherlocka Holmesa, który błyskotliwą dedukcją wskazałby mordercę jeszcze przed umyciem zębów. Są ludzie. Dający z siebie wszystko idealiści z krwi i kości. Ale wciąż ludzie.

 

Jo Nesbø zapytany w Newsweeku, dlaczego tak bardzo wyolbrzymia rozmiary mroku, który rozprzestrzenił się nad Norwegią, odpowiedział krótko – sensacja się opłaca. Wyniki sprzedaży jasno pokazują, że powieściopisarze z północy mają coś, co pozwala im przeskoczyć resztę europejczyków o dwie długości. Detal, który sprawia, że ich książki czyta się z zapartym tchem, nieważne czy to pierwsza część trylogii, czy osiemnasty tomik w serii. Lawirujący wokół sekretów styl oparty na prostych, przyspieszających tempo zdaniach gra tu oczywiście ogromną rolę, ale najważniejszy zawsze był i wciąż jest sam pomysł. Twórcy potrafią przekonać, że wszystkie te straszne zjawiska, napady, serie niewytłumaczalnych zaginięć, szkielety wypadające z szaf – że wszystko to siedzi w naszych głowach i tylko od nas zależy, czy podążymy za wykluwającym się w nas potworem. Coś, co u Amerykanów i Francuzów śmieszy, tu tworzy zamierzony nastrój zaszczucia.

 

Szwecja nie pozostaje w tyle. Strach nie jest w ichnich kryminałach tak dosłowny, namacalny, atmosfera zagęszcza się w innych punktach fabuły, a Sztokholm różni się od Oslo tym, że mniej w nim ciemnych, opuszczonych przez Boga zaułków. Camilla Läckberg, Henning Mankell, Leif Persson, Liza Marklund i wreszcie nieżyjący już dzisiaj Stieg Larsson koncentrują się na innych aspektach, ale efekt tych starań jest porównywalny – doskonała, wciągająca akcja z przemyślanymi bohaterami w przekonująco odwzorowanych realiach. Zwłaszcza ten ostatni autor zasługuje na szczególny ukłon – wprowadzone przez niego rozwiązania znalazły stałe miejsce w szeroko rozumianej technologii literatury. Jego Millenium, czyli trzy wyśmienite książki koncentrujące się na poczynaniach pewnego dziennikarza śledczego, na trwałe zapisały się w świadomości skandynawskich pisarzy i wielu z nich, bezwiednie lub z rozmysłem, wciąż podąża ich tropem. Historia oparta na lewicowym światopoglądzie Larssona, lawiruje pomiędzy grubo ciosanymi kategoryzacjami, ale jest skonstruowana szalenie interesująco i przemyślnie. Co drugi mężczyzna to seksistowska świnia? “Nie ma sprawy”, mówię, po czym pochłaniam kolejne sto stron w ciągu godziny. Naiwność i bezradność policji przebija wszystkie sufity? W Breaking Bad wykorzystano podobny koncept, bo gdyby nie on, Walter White do końca życia czyściłby fiolki po odczynnikach

 

Swego czasu Larsson pisał do polskiego pisma “Nigdy więcej”, w Szwecji zaś był korektorem, a później redaktorem naczelnym antyfaszystowskiego pisma “Expo”. W udzielanych wywiadach podkreślał, że feministą został na skutek gwałtu, którego świadkiem został w dzieciństwie. Pisarz ze smutkiem wyznawał, że nie pomógł dziewczynie. Spotkawszy ją kilka dni później, próbował wybłagać przebaczenie, ale ona odeszła, mówiąc, że jest taki sam jak inni.

 

W jego powieściach związek między wyznawanymi wartościami a rozwojem fabuły jest bardzo ścisły. Jak każdy pisarz Larsson stara się naprawić świat, ale czyni to na tyle schludnie, że wręcz nie wypada nie poddać się płynącym z lektury refleksjom. W książkach jego autorstwa czuć delikatny, ożywczy powiew anarchizmu, który dla Szweda stał się planem B, na wypadek przekraczania przez państwo tolerowanych przez niego granic takich jak wolność słowa czy ochrona tajemnicy dziennikarskiej, z której, jak twierdził, korzystać należy jak najszerzej. To właśnie na tych dwóch filarach opiera się szwedzka konstytucja – państwowe dokumenty bez klauzuli tajności są ogólnodostępne dla wszystkich. Informatorów ani źródeł nawet tych bardziej niedostępnych dokumentów ujawniać nie trzeba, co w praktyce wiąże się z tym, że od czasu do czasu ojczyzną Ikei wstrząsają całkiem poważne skandale polityczne, ekonomiczne oraz obyczajowe. Ma to też inne następstwa – reguły gry poza ochronnym parasolem prawa są ostrzejsze i walka częściej kończy się wiecznym milczeniem.

 

Stieg Larsson misją dziennikarza określa starcie między prawdą a fałszem, ale wbrew pozorom absolutnie nie uważa tego za powtarzalny dla wszystkich konwencji aksjomat. Bohaterowie Millenium przepisy łamią na każdym kroku, a nawet więcej, zupełnie się nimi nie przejmują. Tak jakby tysiącstronicowe, nic niewarte kodeksy już od dawna płonęły na stosach razem ze wściekłymi przeciwnikami rozsądnej wolności.

 

Z miłością jest podobnie. Uczucia i ich nieodłączny towarzysz – seks – fluktuują na wielu społeczno – etnicznych poziomach. Borykający się z kryzysem wieku średniego czterdziestolatkowie cieszą się niczym nie skrępowanymi swobodami; ciało jest ich odskocznią od codzienności albo po prostu rozrywką. Pytania tak proste jak to, czy się kogoś kocha, rozpływają się w meandrującej rzece ech, bo nie o to przecież chodzi. Niekończąca się bitwa o uwagę czytelnika nie sprzyja statecznym małżeństwom ani stałym partnerom. Seksualność musi być zagmatwana, dwuznaczna i obdarzona wieloma znakami zapytania – inaczej stanie się nudną kroniką prowincjonalnej codzienności. Przy czym powinno się dodać, że autor nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku, a ekshibicjonizm pozostawia dla antagonistów. Intymność pozostaje intymnością.

 

To właśnie postulowany przez Larssona szacunek dla prywatności czyni z niego kogoś więcej niż lewicowego publicystę z paroma tytułami na koncie. Dojrzałość poglądów zaczyna się tam, gdzie równoznaczna jest z tolerancją dla zdania innych, czego wielu ludzi zauważać nie chce – w Polsce “moralność Kalego” ściele się w gazetach tak gęsto, że po otworzeniu jednej i przeczytaniu steku bzdur oraz niekonsekwentnych wypocin ma się ochotę wyrzucić nabytek z pobliskiego kiosku prosto pod koła nadjeżdżających samochodów. Szwed z gracją wprowadza do swojego świata ideę dobrze rozumianej obojętności, co nie udało się chociażby Sapkowskiemu i Geraltowi z Rivii.

 

Czy warto przeczytać Millenium? Z całą pewnością. Narzekania na jakość niektórych sformułowań, dosłowność treści i informatykę potraktowaną z przymrużeniem oka można  puścić mimo uszu. Cykl, który w założeniu miał trwać przez dziesięć tomów, urywa się już po trzech, ale wszystkie wątki wydają się zamykać na tyle sensownie, że sprawia to wrażenie celowego działania. W środku czytelnik odnajdzie całą gamę gatunków – kryminał, powieść sensacyjną, thriller prawniczy, przewodnik po pracy dziennikarza – wszystkie połączone na tyle wydajnie, że kolaż nie psuje zabawy.

 

Larsson nie próbował zostać następcą Agathy Christie. Pisał o naiwnej wolności, o życiu, które przez tę wolność nigdy nie było i nigdy nie będzie szczęśliwe. O wyborach, marlboro light, zarwanych nocach; o szwedzkiej pogodzie, motocyklach, hakerach, tatuażach i billy’s pan pizza. O kimś, kim byłby, gdyby nie urodził się 15 sierpnia 1954 roku w Skelleftehamn. O Lisbeth Salander.