Perfect ease we’ll enjoy, without thinking to lend

Ourselves to the world and its glee —

Ever peaceful and blissful we’ll be

  Annabell Lee była ostatnia. Pogrzebana na dnie morskiego grobowca, dała swojemu ukochanemu jeszcze kilka miesięcy. Wcale nie dlatego, że spodziewała się zmiany, ratunku albo cudu. Niecałe pół roku przeznaczyła na – jeśli można to tak nazwać – pożegnanie ze światem, z jego manuskryptami, z pięknymi obrazami namalowanymi błękitnym tuszem. Była cierpliwa. Przecież, spośród wszystkich dzieł Stwórcy, kochał tylko ją.

  Tak naprawdę Annabell Lee nosiła wiele imion. Mroczne, milczące kruki nazywały ją czcigodną Lenorą, leśne wiedźmy z ostępów puszczy Weir pokrzykiwały o księżycowej Ullalume, stare służki skrycie wpatrywały się w postać cudownej Ligei. Sam Poe – do pewnego czasu – w owych olśniewających kobietach widział ucieleśnienie idealnej miłości. Tragiczny motyw śmierci i przychodzącej po niej tęsknoty występuje w wielu jego pracach i nie ma w tym nic dziwnego – pisarz wielokrotnie wyrażał swój zachwyt nad uczuciem zaplątanym w tajemnicę przejścia na “tamten świat”. Uważał, że nie ma nic bardziej romantycznego niż wieczna rozłąka i odejście niewinnej istoty.

  Jego miłość była bardzo znamienna – Poe za każdym razem tworzył typowych dla siebie, wyzutych ze szczęścia straceńców. Obchodził ich jedynie głos serca, jego przemijanie, zanik i ostateczny koniec. Nie chcieli się pogodzić z tym, że ona już nigdy na nich nie spojrzy, że jej biała suknia nigdy nie wydostanie się z zakurzonej szafy, że mogą czekać całą wieczność, ale nawet wtedy nikt się nad nimi nie zlituje. Jednak w odróżnieniu od typowych, dzięwiętnastowiecznych osobistości żyjących we wnętrzu książek, synowie Poego nie szukają nadnaturalnych sposobów, by niczym Orfeusz zstąpić Hadesu i tam wybłagać powrót swojej Eurydyki. Zamiast tego marzą – być może w nadziei na to, że również ich historia przeminie, a oni sami pogrążą się w zapomnieniu; możliwe też, iż po prostu dlatego, że – mimo wyczuwalnego obłędu – doskonale zdają sobie z niego sprawę, a ogromny,  przytłaczający ból interpretują jako jego nieodłączną konieczność.

  Po przeczytaniu choćby paru zdań życiorysu Poego trudno nie odnieść wrażenia, że to, co działo się wokół pisarza, stanowiło fundamentalny punkt odniesienia do jego wszystkich dzieł – nie chodzi tu bynajmniej o wątki stricte biograficzne, a o filozofię życia, wyznawane wartości. Amerykański prozaik nie bez przyczyny kojarzony jest głównie z przygnębiającymi, jesiennymi krajobrazami, nocnymi smutkami i nieszczęściem wylewanym do spółki z alkoholem. Historie szeptane pod zachmurzonym niebem oraz wiersze śpiewane podmuchami wiatru mają w sobie klimat, który zdaje się charakteryzować cały pasaż mrocznych i jednocześnie bajkowych tekstów. Osią opowiadań – ze względu na ciężar gatunkowy – nierzadko staje się makabra i groteska; w poezji czuć echa opętańczego, nieukojonego uczucia, które udało się autorowi stonować za pomocą jakby niewzruszonej tkliwości. Wyzwania rzucane aniołom nie są bałwochwalcze i pyszne; nacechowane raczej zrezygnowaniem i niepojętą zgryzotą pełnią rolę naturalnej reakcji na wyrządzoną krzywdę.

  Trzeba przyznać, że wskazanie inspiracji stojącej za tą późniejszą i dojrzalszą częścią twórczości Poego nie stanowi żadnego problemu. Virginia Eliza Clemm, na pośmiertnych obrazach przedstawiana jako czarnowłosa, bladolica dziewczyna, żoną pisarza była przez ponad dziesięć lat, z czego połowa przypadła na okres postępującej gruźlicy. Ich małżeństwo już od początku prowokowało wiele pytań i plotek, dotyczących między innymi dwukrotnej różnicy wieku i bardzo bliskiego pokrewieństwa. A ponieważ państwo Poe nie mieli skłonności do dzielenia się swoim życiem na lewo i prawo, opinia publiczna zaczęła przebąkiwać o rzekomym “białym małżeństwie” i “rodzeństwowych” stosunkach. W dodatku, spora ilość tych informacji znajdowała poparcie w takich czy innych wypowiedziach najróżniejszych znajomych Poego. Potwierdzali oni nieprawdopodobną troskliwość, którą pisarz otaczał Virginię, co więcej, przyznawali też, że ich zdaniem związek ponad wszelką wątpliwość nie został skonsumowany i nigdy nie wyszedł poza pierwszą, poznawczą fazę.

  Lata mijały, Virginia stanęła, tym razem oficjalnie, przed odpowiednim urzędem, dopełniono wszystkich formalności. Jednak nieszczęśliwy los chciał, aby – zaobserwować to można w znacznej zmianie kierunku w dziełach Poego – w 1842 roku zachorowała na suchoty. Okres ten w listach pisarza znamionuje ogromne rozgoryczenie, strach, ale również odrobina nadziei; utwory nie są jeszcze tak przygnębiające i rozpaczliwe, aczkolwiek bardzo wyraźnie skręcają ku tematyce śmierci. Pogłębiająca wraz z nawrotami gruźlicy depresja jest w nich namacalna i rzeczywista; uzewnętrznione na kartkach papieru cierpienia wznoszą się coraz wyżej i wyżej, jak gdyby spodziewały się, że nie ma już odwrotu; jakby to, o czym Poe pisał, było projekcją nadchodzącej przyszłości.

  Jeszcze przed śmiercią, pod wpływem świadomości jej bliskości, Virginia zapraszała do domu przeróżne kobiety związane ze środowiskiem literackim – chciała w ten sposób znaleźć Poemu kogoś, kto pomoże mu złagodzić ból po ogromnej stracie. Musiała go bardzo kochać, skoro przeczuwając własny koniec, potrafiła wynieść się nad człowieczy egoizm i podjąć próbę uratowania tej nieskończenie samotnej duszy.

  Pisarz, przeczuwając, że tymczasowe ozdrowienia i polepszenia samopoczucia żony prowadzą donikąd, odsunął się od przyjaciół i całkowicie pogrążył w smutku. O dwóch poetkach zabiegających o jego względy opowiadał, że miłość ich jest dla niego wstrętna i obmierzła.

  W 1846 roku powstał walentynkowy akrostych Virginii. Wydaje się, że kobieta pragnęła pocieszyć Poego, zapewnić o swojej nieustającej miłości, zawczasu odgonić zbierającą się nad nim mgłę. Umarła niecały rok później, w styczniu; jej ciało złożono w kamiennym grobowcu należącym do rodziny Valentine, od której państwo Poe wynajmowali swoją posiadłość. Pogrzeb odbył się na początku lutego, a dwie nowojorskie gazety wydrukowały krótkie nekrologi. I chociaż zrozpaczony pisarz nie chciał spojrzeć w twarz swojej zmarłej żony, uroczystość przemknęła bez echa.

  Później było już gorzej. Widywano go, kiedy jak duch przesiadywał obok grobu Virginii wpatrując się w ciemne, nocne niebo; ktoś inny opowiadał, że Poe włóczył się po mieście bez celu, jak gdyby w malignie, pozbawiony kontaktu z otoczeniem. W końcu pisarz przeniósł się do rodzinnego Richmond, odnawiając więzi łączące go z dawną, młodzieńczą miłością, prawdopodobnie mając nadzieję, że ukoi ona jego nerwy i pozwoli jakkolwiek funkcjonować. Niestety, wkrótce matka kobiety przegnała go z domu. Poe sprawiał wówczas wrażenie człowieka pozbawionego sensu życia – i jakkolwiek pogłoski o nadużywaniu alkoholu i opium są zwyczajnie nieprawdziwe – to wyrastają z gruntu oczywistych domysłów. Nocne powroty do domu, kłótnie i zniknięcia nie świadczyły przecież o bólu czy żalu, ale o podłym charakterze i psychozie. Wtedy też, na dnie rozpaczy, powstała Anabell Lee, dla której pierwowzorem była właśnie Virginia.

  Trzeciego października 1849 roku znaleziono Edgara Allana Poego w przedśmiertnym delirium – miał na sobie cudze ubrania, wykrzykiwał jakieś niezrozumiałe słowa i, mimo usilnych prób, nie był w stanie przekazać tego, co mu się przytrafiło. Niedługo potem zmarł  – interweniujący lekarze nie dali rady go uratować, jak również nie odkryli, co przyczyniło się do jego śmierci. Medyczne zapiski tajemniczo zniknęły lub też nie przetrwały do późniejszych czasów.

  Zagadki zgonu Poego nigdy nie rozwiązano. Odpowiedzią, ale tylko częściową, stało się ujawnienie listu, w którym pisarz zrelacjonował nieudaną próbę samobójczą z użyciem laudanum – domniemana wcześniej depresja stała się faktem i uwiarygodniła hipotezę zakładającą szereg nieszczęśliwych wypadków. Jeśli podejrzewano przestępstwo, z braku dowodów szybko się z tego wycofano; niesława Poego w dużej mierze przyczyniła się do zaniechania jakichkolwiek profesjonalnych działań mających wyjaśnić historię kilku poprzedzających śmierć dni.

  Annabell Lee doczekała się więc swojego kochanka. Być może siedzą teraz wśród chmur i rozmyślają o tym, co przyniesie im wieczność. Bez cierpień, bez bólu, w świetle i harmonii. Możliwe też, że u wrót Erebu rozeszli się na dwie strony i przebywają w różnych miejscach, a ich tęsknych spojrzeń zazdroszczą nawet pierwotne duchy.

  I tak cicha dla świata miłość Virginii i Edgara nie zostawiła po sobie wiele. Nie musiała. W wierszach zaklęła bowiem to, co najważniejsze. Oddanie, rozpacz, nadzieję. A śmierć, choć nie zdołali jej umknąć, pobłogosławiła ich słowa swoim srebrnymi łzami, jak gdyby przyrzekając, że nigdy ich nie rozdzieli.