Autor tekstu wolałby pozostać anonimowy.

 

Autobiografia jest jak senne marzenia, w których pamięć i wyobraźnia się przenikają 
Patrick Modiano

There are more things in heaven and earth, Horatio, 
Than are dreamt of in your philosophy. 
W. Sheakspeare, Hamlet 

Szanowny panie, panie Kapuszczycky. Oczywiście, że pamiętam. Nosotros comimos desayuno en Vichy. Byliśmy tylko turystami. Mieliśmy jadalnię w hotelu z widokiem na plażę, której złoty piasek wydawał się aż nazbyt szlachetny, gdy Bóg zestawił go z tym, o czym panu zaraz opowiem. Oślepiało nas wschodzące ostrym kątem na niebo słońce i… to. Zakrztusiłam się kawą, kiedy zobaczyłam, jak armia Niebieskich rozstrzeliwuje ludzi na plaży. Próbowalismy uciec. Zbiegłszy ze schodów, trafiliśmy na korytarz usytuowany na parterze. Jego ściana była cała przeszklona. Na jednej z szyb leżał jakiś Francuz. Jego twarz była obklejona czarno-czerwoną, spaloną krwią. Obok głowy była smuga krwi na oknie, długa na pół metra, prowadząca do leżącej na ziemi zakrwawionej ręki. Gdzieś po środku korytarza zemdlała sprzątaczka. Biegliśmy do naszego pokoju, a w oddali na tle żółtego już światła wschodzącego słońca ktoś rzucił granat. Mały chłopiec, wyglądał na sześć lat, wyleciał na 10 metrów w górę. Schowaliśmy się w pokoju i nie wychodziliśmy przez 2 dni, aż do wylotu do Hiszpanii, do domu.

Turystka

Służyłem w armii Niebieskich cztery lata. Któryś z kolegów nie mówił po francusku. Był Holendrem. Na jednym z ćwiczeń nasz dowódca kazał nam stanąć w szeregu. Krzyczał po francusku i tylko po francusku. Kazał Holendrowi wystąpić z szeregu, ale ten nie zrozumiał. W ciągu dziesięciu sekund dowódca wyciągnał pistolet, przeładował, strzelił Holendrowi w czoło i powiedział: Tak macie robić z obcymi. Nie chcę tutaj żadnych brudnych kurw. Napluł na zatopioną we krwi głowę Holendra i kazał nam wrócić do ćwiczeń. Przez cztery godziny nikt nie sprzątnął ciała, my to mieliśmy zrobić w czasie wolnym. Był środek czerwca, 40 stopni. Wydawało się, że muchy i inne robactwo wyjadło już całą czaszkę Holendra, kiedy nieśliśmy jego ciało by wyrzucić je na ulicę.

Żołnierz

 

Pracuję na uniwersytecie. Od czterech lat każdej zimy odkładam kurtkę do szatni. Dawałem ją rudej szatniarce. Nikomu nie mówiłam, że znam język polski. Zawsze podawałam fałszywe imię i nazwisko, tylko w Paryżu wiedzieli, że jestem Polką. Wczoraj też odłożyłam kurtkę do szatni, ale odebrała ją inna szatniarka. Podobno służąca Pani Gubernator dowiedziała się, że ruda szatniarka uczyła we domu swoje dzieci polskiego.

Prof. dr hab.

Prasowałam wszystkie koszule Pani Gubernator –   nigdy nie chodziła w sukniach. Koszule zawsze były mniej lub bardziej niebieskawe, z reguły jasne. Kiedyś jednak Pani Gubernator ubrała soczyście lazurową koszulę i spodnie z miękkiego, niegniotącego się materiału. Zawsze nosiła wysokie buty, wtedy niebieskie szpilki o cienkim, niezwykle ostrym obcasie. To był jedyny raz, kiedy mogłam zobaczyć Panią Gubernator na własne oczy. Miała długie, platynowe włosy i twarz zimną, a usta wręcz lodowat. Jej oczy wydawały się puste, to w nich jednak widać było niezwykłą inteligencję Pani Gubernator. Miałam zanieść wyprasowane koszule do pokoju o 21:35, bo Pani przychodziła o 21:50. Wtedy jednak pojawiła się w sypialni szybciej – kiedy wychodziłam. Skuliłam się, zorientowawszy się, że stoję przed samą Panią Gubernator. Wyskomlałam przeprosiny i szybko, nie patrząc na Panią, wyszłam. Nie odwróciłam się nawet wtedy, gdy usłyszałam, jak pewien mężczyzna przyszedł do Pani i powiedział: Szanowna Pani Gubernator, przepraszam bardzo za niepokojenie Pani o tak późnej godzinie, jednak chcę zawiadomić o tym, że w szkole im. Rimbaud dziesięcioro siedemnastolatków odmówiło nauki francuskiego w proteście wobec ostatniej sprawy śmierci ich kolegi. Pani Gubernator odpowiedziała tylko: Rozstrzelać. Mężczyzna, nic nie powiedziawszy, wyszedł po chwili. Zemdlałam. Obudziłam się na ulicy przed pałacem Pani Gubernator. Nigdy więcej tam nie wróciłam, od dwóch lat ukrywam się tutaj, w Hiszpanii.

Pokojówka

Vichy zmiecione karabinami armii Niebieskich wydaje się być pustynią. W wysokich wieżowcach brakuje ludzi. Szedłem nowo wybudowaną ulicą, po której nie jeździły żadne samochody. Spotkałem tylko jednego policjanta. Przepytał mnie, sprawdził, czy nie mam czegoś niepokojącego w kieszeniach. Tylko jabłko. Z niechęcią puścił mnie dalej. Wszedłem do kościoła. Ściany pięknej świątyni ozdobione były freskami, na których szczególnie wyraźnie wyeksponowano niebo. Przytłoczył mnie ten niebieski kolor. Pod figurką ukrzyżowanego Jezusa syczał wąż. Wąż, którego ignorował każdy ksiądz i każdy modlący się. Przez wysokie okno wpadło trochę tylko światła, akurat tyle, aby oświetlić moje oczy.