Polowanie na Kłapouchy

Lena Szalewska

16 stycznia ludzie posiedzieli w łóżkach o dwie drzemki dłużej, założyli swetry – te same
co wczoraj i przedwczoraj, doczłapali się jakoś do szkoły, by spędzić najbliższe godziny zbolałym wzrokiem obserwując pochmurną Bydgoszcz za oknem. Szczerze powiedziawszy – nie było mi z tego powodu specjalnie przykro. Dzień ten stał się pewnego rodzaju El Dorado dla introwertyka z chronicznym Weltschmerzem. Bezsensowne konwersacje, zazwyczaj ciągnięte przez całe przerwy wyczerpywały swój potencjał w dwóch zdaniach. Mogłam godnie przeżyć odejście kolejnego weekendu nowego roku, z książką pod pachą i kilkoma zaprzyjaźnionymi, nienachalnymi duszami. Ryzyko napatoczenia się jakiegoś trzpiotowatego bytu stało się mniejsze równe zero. Idealnie. Tego samego dnia wieczorem w radiu usłyszałam po raz pierwszy termin „Blue Monday”.
Wtedy też cały czar prysł. Nie doszło do epokowego przeskoku w mentalnej ewolucji człowieka.

Ludzie nie stali się z dnia na dzień bardziej refleksyjni, zdystansowani, nie nauczyli się szacunku wobec innych oraz siebie samych. Pseudonaukowe badania przy niemałej pomocy marketingowej mass mediów po prostu dały Ziemianom jeden dzień, w którym mogą bezkarnie i z należną pompą manifestować swój apatyczny nastrój. Jeśli nie w rzeczywistości, to w świecie wirtualnym korzystali z tej sposobności jak tylko mogli.

Żyjemy w dziwnych czasach. Z jednej strony otoczeni infantylnie radosnymi, jaskrawymi
reklamami, napastowani ekstatycznymi hasłami coachów, trenerów personalnych czy ekspertów od samorozwoju. Niektórzy czują się zobowiązani do wiary we własną moc sprawczą, dążą więc z obligatoryjnym bananem na ustach do celów uznanych danym czasie za najbardziej atrakcyjne. Kopiują idyllę z okładek kolorowych gazet wprost do swojego świata, przechrzczając ją na swoją własną, niby ciężko wypracowaną. Oklejają sobie motywacyjnymi hasłami biurko, lodówkę, koszulki, rower, zmieniają ekran blokady w telefonie, byleby wszystko przypominało im, jak dobrze jest być pozytywnym i toczyć boje o sielankowe życie. Z drugiej – średnio raz w miesiącu ktoś łapie „depresję”, często z błahych powodów i na nikim nie robi to już większego wrażenia. W efekcie ów termin przeszedł praktycznie do powszechnego użytku, ucząc społeczeństwo bagatelizowania poważnych chorób psychicznych. Mniej lub bardziej świadomie marginalizowane lub wyśmiewane jest znaczenie negatywnych nastrojów w procesie dorastania człowieka, który trwa przecież od momentu narodzin. Sztucznie ogranicza się ich występowanie, tak jakby miałoby

to nas przed czymkolwiek uchronić. Emocje są dzielone na właściwe i niewłaściwe, podejmowane są próby całkowitego wymuszenia pozbycia się tych drugich, co w gruncie rzeczy jest rzucaniem rękawicy naturalnej równowadze sił. Podejmowanie walki z góry skazanej na porażkę.
Nie chodzi tu jednak o szkalowanie osób pozytywnie nastawionych do życia, doceniam
roztaczającą się wokół nich aurę i jej zbawienny wpływ na entourage. Trudno mi natomiast
powstrzymać niechęć do osób, które profanują zjawisko emocji. Uzewnętrzniają je w
nieodpowiednim czasie, okazji lub natężeniu, czyniąc z siebie postacie irytująco groteskowe,
przerysowane, przy czym zazwyczaj bardziej drażni egzaltacja niż przesadna powściągliwość. Podchodzą do nich w sposób bardzo powierzchowny, jakby nie miały żadnej głębi czy wpływu na innych. Emanują nimi zawsze i wszędzie, jednocześnie pozbawiając je jakiejkolwiek mocy lub wartości. Rzucają się na szyję przy byle okazji, lecz uścisk ten zdaje się zrównywać zimnem z machinalnym podaniem dłoni.

Z kolei nam, którzy na co dzień zachowują emocje dla siebie, podchodzą krytycznie do
przesyconej teatralnością rzeczywistości, choć wcale nie ze złośliwych pobudek, przypisywany jest charakter młodego Wertera, starego Santiago, lub Kłapouchego ze Stumilowego Lasu – w zależności od pierwszego skojarzenia, które przyjdzie na myśl. Sama wizja odnalezienia ukojenia, a niekiedy i zwykłego szczęścia w milczącej kontemplacji bólu istnienia przekracza pojęcie sporej części populacji. Ludzie za każdym razem pytają: Czy wszystko w porządku? Dlaczego siedzisz w odosobnieniu? Obraziłaś się? Czasem wynika to z troski, czasem z zakłopotania, a mi zaczyna brakować sił na udzielanie wciąż tych samych wyjaśnień. Niewielu rozumie, że recepta na wewnętrzny spokój jest zapisana w równowadze emocjonalnej, która wymaga udziału uczuć pozytywnych i negatywnych oraz kompletnej akceptacji każdego z nich. Nie jesteśmy pretensjonalnymi jęczyduszami, niezdolnymi do wykrzesania z siebie optymizmu, nieliczni motywują swoje działania pragnieniem wzbudzenia cudzej litości. Z drugiej strony – nie twierdzę, że po pewnym czasie nie wkrada się do naszych serc fatalizm lub dekadentyzm, lecz czemu tu się dziwić, skoro Internet zagwarantował nam dostęp do najświeższych informacji o świecie, piętrzących się makabrycznymi stosami w jego czeluściach. Cóż, refleksyjność oraz przejmowanie się takimi sprawami to po prostu cechy ludzi wrażliwych, podobnie jak tendencje pesymistyczne.
Nie powstało nadal remedium na tę przypadłość, choć może i dobrze – nie wiem jak wyglądałby  ten świat, gdyby wtłoczono w ludzkie istoty jeszcze więcej plastiku, który z każdym dniem i tak powoli wypiera z człowieka ludzkość. Ponadto, to jest tylko ta „cicha kontrkultura”.
Liczebnie większa, mam wrażenie, wrzeszcząca opozycja optymistycznych środowisk,
przyjmuje niestety groteskowe oblicze. Złożona z topornych malkontentów, osób niepotrafiących ustalić własnych poglądów, parających się za to nieudolnym wykpiwaniem cudzych. Obrali sobie za patrona unikatowe zjawisko niemieckiej filozofii późnonowożytnej, Arthura Schopenhauera. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż większość młodzieńczej kohorty wciskającej jego

twarz do każdego karykaturalnie nihilistycznego memu w ogóle z jego twórczością nie miała do

czynienia. No, może poza zdawkową lekcją polskiego w gimnazjum. Prawdopodobnie to na jej

podstawie kreują obraz zobojętniałego na piękno i obowiązujące zasady moralne sadysty z

tendencjami autodestrukcyjnymi, który naturalnie jest przedstawieniem błędnym. Prawda w

zdecydowanie mniejszym stopniu spełniłaby oczekiwania zbuntowanych.

Według Schopenhauera świat jest przejawem naszej woli, do której każdy może dotrzeć,

lecz niekoniecznie nad nią zapanować. Każda wola rodzi się w cierpieniu, przybierając formę

zbliżoną do pragnienia (zwierzęta jedzą tylko wtedy, kiedy są głodne). Istnieje możliwość

„przekroczenia siebie” – – objęcia władzy nad własną wolą oraz bezpośrednio z nią powiązanym

cierpieniem. Zjawisko to następuje na przykład podczas aktu tworzenia, kiedy wole się wyciszają.

Pełnego wyzwolenia dostępują osoby, które porzucają własną wolę w imię dobra ogółu, na

przykład mędrcy bądź artyści. Jeśli nie zapanujemy nad własnymi popędami i poglądami oraz nie

„przekroczymy siebie”– mogą się one obrócić przeciwko nam. „Świat jest moim przedstawieniem

(…)”, bytem, którego istnienie oraz kształt zależy nas samych, a konkretniej od naszej woli,

nazywanej w tym przypadku wolą życia. Posądzanie filozofa o deprecjację egzystencji jest więc

wielkim nieporozumieniem.

Pesymistyczne podejście Schopenhauera do zagadnienia natury świata również spotyka

się często z niewłaściwą interpretacją. Polega ono na założeniu, iż świat jawi się jako wielka arena

bezustannej walki woli oraz popędu, występujących pod wieloma postaciami, dążących do celów

wzajemnie sprzecznych. Konflikt ten, jak i każdy inny zaistniały na świecie, nie może zostać

rozwiązany bez degradacji jednej ze stron – jednostki mogą jedynie niszczyć lub być niszczone.

Świat, przesiąknięty złem w swojej istocie jest rządzony przez partykularyzm. Zło było właśnie

bytem pierwotnym, chociaż powinniśmy je rozpatrywać jako czynnik pozytywny, jako że dobro to

po prostu jego brak – „Wszelkie szczęście i wszelkie zadowolenie, jest czystą negacją, mianowicie

zwykłym (…) końcem jakiejś męki.”. Ze względu na wyższość jednej wartości nad drugą, każda

próba naprawy świata jest skazana na fiasko.

Istnieje tylko jedna nieegoistyczna pobudka, którą człowiek motywuje swoje działania

określane jako moralnie dobre – współczucie. Akt spontaniczny i bezinteresowny, w którym

zawierają się dwie podstawowe cnoty – sprawiedliwość oraz miłość. „Nieograniczone współczucie

dla wszystkich istot żyjących jest najtrwalszą i najpewniejszą rękojmią moralnego postępowania i

obywa się bez kazuistyki. (…) Dobroć serca polega na głębokim, wszechogarniającym współczuciu

dla wszystkiego, co jest obdarzone życiem, (…) Wrażliwość bowiem na cierpienie wzrasta

równomiernie z rozwojem inteligencji.” – pisał Schopenhauer w dziele „O podstawie moralności”.

Jako jeden z największych orędowników zwierząt ówczesnej Europy postulował przyznanie im

podstawowych praw oraz wyrażał zdecydowany sprzeciw wobec przeprowadzaniu wiwisekcji.

Indywidualność była dla filozofa bardzo istotną, a jednocześnie niedocenianą cnotą. Jej

znikoma ilość w XIX-wiecznym pojęciu religii sceptycznie nastawiała wobec niej Schopenhauera,

niemniej jednak on sam jest autorem tezy, jakoby była ona potrzebna głównie do spełnienia

metafizycznych potrzeb ludzkich – a tym samym była nieodzownym elementem światowego ładu.

Wartość danych wyznań klasyfikował poprzez ilość prawdy zawartej w ich naukach oraz łatwości

jej odczytania. Wedle tych kryteriów, za religię najbliższą ideałowi filozof uznawał buddyzm.

Schopenhauer nigdy nie wpasował się w żaden konkretny nurt myślowy. Kształtowanie

swojej doktryny rozpoczął od teorii poznania Kanta, przedmiotu jego wielkiej fascynacji, lecz

poprzez wielokrotne uproszczenia i próby usunięcia sztucznych konstrukcji, finalnie otrzymał

zupełnie inny system, w kilku kwestiach sprzeczny z pierwotnym. W późniejszych latach do

swoich poglądów wplatał elementy różnych wierzeń wschodu. Jawnie krytykował pogląd XVII-
wiecznego filozofa, Barucha Spinozy, jakoby zwierzęta miały być człowiekowi podległe w

każdym aspekcie, a sens ich egzystencji sprowadza się jedynie do dostarczania mu przyjemności.

Na ówczesny czas było to dość odważne posunięcie, jako że żarliwym zwolennikiem doktryny

Spinozy był Georg Hegel, prekursor idealizmu, popularnego nurtu filozoficznego Niemiec

pierwszej połowy XIX wieku. Unikatowość filozofii Schopenhauera nie spotykała się z

pozytywnym odbiorem, co ostatecznie doprowadziło do bojkotu jego wykładów na Uniwersytecie

Berlińskim przez heglistów właśnie. Po kilku latach walki z oponentami zrezygnowany wyjechał

do Frankfurtu, gdzie spędził ostatnie 30 lat swojego życia w towarzystwie wąskiej grupy

przyjaciół oraz mieszkających z nim pudli, które od studenckich lat były jego największą miłością.

Myśliciel-samotna-wyspa wpadł w sam środek tygla późnonowożytnej filozofii

niemieckiej. Ledwie zdołał przygasnąć idealizm, miażdżący Schopenhauera podczas jego kariery

akademickiej, jasnym płomieniem zaświecił materializm dialektyczny, nie dając mu powrócić w

połowie stulecia. Jego twórczość została doceniona dopiero dzięki Nietzschemu, który chętnie do

niej nawiązywał, tworząc własny system filozoficzny. Potem przypominała o sobie falami, co jakiś

czas, poprzez wpływ wywarty na dzieła Lwa Tołstoja, Jorge Borgesa czy Michela Houellebecqa.

Być może zdecydowana większość społeczeństwa machnie na to ręką, ale ja uważam za

rzecz właściwą oddać sprawiedliwość temu człowiekowi. Jego wyraz twarzy, przyznaję, wzbudza

podejrzenia, jakoby miał być poprzednim wcieleniem Grumpy Cat. Ale nakładanie obok niej

podpisu, tu cytat – „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg nic nie daje, bo nie istnieje.” zamiast bawić,

przyprawia pasjonatów o żałość. Zupełnie zniekształcany jest obraz pesymistów, co znieczula

masy na nieoczywiste przesłanie, które poprzez swoją działalność nieśli.

Schopenhauer faktycznie, był lekko niedostosowany społecznie, tak jak by tego

środowisko „młodych-gniewnych” chciało. Nie należy jego pesymizmu, odnoszącego się głównie

do kwestii abstrakcyjnych – natury świata oraz człowieka, traktować jako negacji sensu istnienia

zasad moralnych, a co dopiero samej egzystencji. Samo stwierdzenie, że zło jest siłą pierwotną, z

której wszystko się wywodzi i we wszystkim się przejawia, jest mylnie upraszczane do

świadectwa kategorycznej beznadziei rzeczywistości. Tymczasem Schopenhauer nigdy nie

zaprzeczył istnieniu zjawisk takich jak: piękno, przyjemność, miłość, sprawiedliwość, współczucie

czy spełnienie. Był człowiekiem doświadczonym przez los, niezrozumianym, samotnym, lecz

koniec końców ukontentowanym takim obrotem spraw. Do końca życia nie poddał się naciskom

dwóch wówczas silnych szkół filozoficznych, odchodząc i zostając zapamiętanym jako uosobienie

wartości niezwykle bliskiej jego sercu – indywidualności.

Nie znam dokładnej historii stojącej za wybuchem zainteresowania Schopenhauerem w

mediach społecznościowych. Być może wywołał go jeden z tych bardziej trafnych memów,

jakiegoś błyskotliwego autora, być może stoi za tym jeden z wciąż działających plebejskich

żartownisiów. „Schopenhauer” organizował już walentynki oraz „imprezę, której nie przeżył nikt”.

Mimo generalnej krytyki ułańskiej fantazji internautów liczę, że zaciekawi ona postacią filozofa

jakichś „Kłapouchów”, jeśli jakimś cudem nigdy się z nią nie spotkali. Mam nadzieję, że

wczytując się w jego dzieła dostrzegą wcześniej wspomniane ukryte przesłanie – zaakceptują i

docenią w sobie to, co inni zwykli nazywać dziwactwem. A przede wszystkim – że przestaną się w

tym dziwactwie czuć samotni duchem, ponieważ jest to dla nich znacznie bardziej okrutna

samotność niż ta fizyczna.

W tym miejscu chciałabym wygłosić krótki apel do czytelnika. Zwolnijmy odrobinę od

czasu do czasu, żeby złapać oddech i pomyśleć – o sobie, o innych, o świecie. Nie czekajmy na

następny Blue Monday, żeby przystopować z entuzjastyczną pompą, dopuszczajmy do siebie

refleksje lub negatywne emocje, jako że w nich również tkwi piękno. Pamiętajmy, że emanowanie

emocjami pozbawia ich wartości, nauczmy się więc je zwyczajnie cenić. Nie bójmy się nazywać

smutku smutkiem a zazdrości zazdrością, albowiem tylko świadomi własnych przeżyć możemy

utrzymać psychikę w dobrym zdrowiu. Są to stany, do których odczuwania prawo mamy wszyscy,

z samego faktu przynależności do gatunku homo sapiens. Każdemu życzę osiągnąć kiedyś błogie

uczucie spokoju, jaki daje wewnętrzna spójność i równowaga. A zatem warto poświęcić tyle

czasu, ile trzeba, na ukształtowanie swojego systemu wartości oraz poglądów, aby w pełni

odpowiadał naszym naturalnym, wrodzonym cechom czy upodobaniom. I żyjmy tak, jak nam

dyktuje serce, jednocześnie okazując szacunek zarówno ludziom, jak wszystkim innym

stworzeniom.

W oparciu o:

W. Tyburski, A. Wachowiak, R. Wiśniewski, Historia filozofii i etyki do współczesności, Toruń 2002.

A. Schopenhauer, O podstawie moralności, Vis-a-Vis/Etiuda 2015.